








|
 |
(A-Zero, 01.2004)
tekst dla biuletynu Klubu Wysokogórskiego Warszawa, specjalistyczny
autor: David Kaszlikowski
DWA ŚWIATY, JEDNA GRA
CZYLI KILKA OSOBISTYCH REFLEKSJI O JEDYNEJ PRAWDZIWEJ RELIGII
Przystanek Alaska. Już tydzień żyjemy na kilometrowej ścianie. Portale wiszą rozbite na wylocie jakiegoś zacięcia czy może żlebu. Nikt z nas nie wie, co może z niego wypaść, może kilka głazów a może pół góry...... Podobno miejsce jest doskonałe, tak przynajmniej ocenił prowadzący, a słów prowadzącego nie kwestionujemy. Taka zasada i nie można jej łamać.
W naszym delikatnie anarchizującym towarzystwie mamy tylko kilka niepodważalnych zasad: po pierwsze napierać! Przelecieliśmy ocean by wspiąć się na prawdziwy dziewiczy big wall i nikt nam tego nie odbierze. Z tym się wszyscy zgadzamy.
Na takiej wyprawie podstawa to dobrana ekipa. Wspinaczka w złym towarzystwie może być koszmarem. Nie jest przyjemnie wspinać się z gościem, który tak się boi, że chce cię zabić, albo z pierwszym lepszym zgarniętym z ulicy. Zresztą pewnie pamiętacie reklamy społeczne w TV; przygodne znajomości bywają niezdrowe....
W naszej sytuacji też mogło być gorąco, bo choć znajomość nie była w żadnym razie przypadkowa, to na pewno była "przygodna", albo raczej......przygodowa".
Marcin Tomaszewski - nakręcony na każdy rodzaj wspinaczki, od trudnych przejść skałkowych, zawodów bulderowych po poważne ekspedycje i wielkie ściany. Ostatnie sezony spędził na wyprawach do Pakistanu, Ziemi Baffina czy Grenlandii. W Tatrach znany jest z swoich twardzielskich solówek, w które wbija się nie bacząc na pogodę.
W ostatnim czasie coraz więcej ludzi zaczyna przebąkiwać, że jest najlepszym polskim alpinistą młodego pokolenia. Czy najlepszym tego nie wiem, bo nie znam wszystkich...., ale kto wie? Jedno jest pewne, takiego "hardmena" nie spotkałem dawno. Marcin ma po prostu niespożytą energię i nie straszna mu dupówa czy trudna hakówka.
Napiera na wyjeżdżających "jedynkach", aż sobie oczy zasłaniam z wrażenia.
Krzysiek "Krzykacz" Belczyński - jest rzeczywiście krzykaczem, uwielbia opowiadać, jakie ma zajebiste życie w Stanach i robi to z taka swadą, że nam, maluczkim, lampka "zazdrość" się przepala. Krzysiek serdecznie współczuje nam swego towarzystwa i jeszcze w bazie deklaruje, że za żadne skarby świata nie wyjechałby ze sobą na wyprawę,. Marcin nie narzeka - to na zmianę z nim prowadził wszystkie trudne wyciągi na Baffinie czy w Pakistanie. Poza tym Krzykacz jest pasjonatem życia w ścianie, uwielbia styl "hotelarski". Portaledge są jego ulubioną zabawką. Nie spieszy się - życie w górach wyraźnie mu służy.
Na codzień Krzysiek jest naukowcem, który w przerwach miedzy sympozjami, co weekend robi wypady w skałki. Wsiada w jeepa i przejeżdża dajmy na to 2000 km. Przez dwa dni wspina się po jakiejś "śmiertelnej" hakówie, zjeżdża, wskakuje za kierownicę i znów 2000 km. Powiedzcie sami, czy można go posądzić o brak zapału?
Ja. To mój pierwszy prawdziwy Big Wall. Nie żebym nie umiał związać ósemki, kilkanaście ostatnich wiosen poświęciłem wspinaczce. Z powodu moich sponsorów zdarza się, że jestem nazywany wspinaczem profesjonalnym. Jako taki wchodziłem już na skałki i na większe problemy, ale na ogół były to wyzwania we wspinaczce klasycznej. Fakt, czasem były wysokie, ale co znaczy 600 metrów wapienia w porównaniu z alaskańskim granitem? Musiałem się przekonać...
Zasada nr dwa: "Podział łupów, czyli darcie skóry na niedźwiedziu"
Ustanowiona jeszcze przed wylotem z Polski. Ma zapobiec sytuacji, w której wszyscy trzej uczestnicy wspinaliby się na raz, bez asekuracji. Ma powstrzymać zapaleńców i wprowadzić pewien porządek. Następuje dokładny podział wyciągów. Kto, co, ile prowadzi.
Podział procentowy. Krzysiek, jeszcze przed wyjazdem wysyła reszcie maila mniej więcej tej treści: David wspina się tylko cześć wyciągów, głównie zajmuje się fotografowaniem, Krzysiek i Marcin ciągną większość na przemian. David może prowadzić tylko 15- 20 %.
- Jak on to wszystko wyliczył? Głowimy się z Marcinem.
No tak, przecież Krzychu jest astrofizykiem i ma tam u siebie na uniwersytecie w Chicago takie specjalne komputery do kosmicznych pomiarów....Oni tam wymyślają jakieś gwiazdy, zakładają, że istnieje jakaś tam galaktyka i komp im to liczy miesiącami - a potem już wszystko wiedzą.
Rzeczywiście, jeżeli ktoś z nas mógł wprowadzić "Naukowy podział wyciągów" to mógł to być tylko Krzysiek. Jak ma się taką wiedzę o kosmosie i takie kompy, to wyliczyć procentowo wyciągi na jakiejś drodze kilka tysięcy mil dalej to musi być banał.
Tak to sobie wyobrażam: Krzychu wydziera fotkę ścian Kichatny z Climbinga, skanuje ją, wprowadza dane i za sekund kilka komp podaje wyniki:
- Kurde, Belczyński podpadasz mi jak możesz zadawać tak trywialne pytania?
To pachnie jakąś nienaukową ściemą. Podaję odpowiedź: pogoda dobra, wszyscy przeżyjecie, Tomaszewski odmrozi się w śpiworze, Kaszlikowski sterroryzuje was swoimi aparatami, będziecie marzyć o kobietach- przede wszystkim tych, których nie możecie mieć -bo nie można mieć wszystkiego - i o swoich, których też nie możecie mieć-bo wisicie w portalu. W ogóle będziecie gadać głównie o seksie- jak większość młodzieńców na świecie....zresztą.
I nie myślcie, że jesteście jacyś, kurwa, wyjątkowi,....a w ogóle straszni z was leszcze, zresztą."
Krzysiek zaczął się już zastanawiać czy nie nacisnąć "Delete", ten komputer posunął się za daleko.....jego ćwierćinteligencki język i brak kultury ewidentnie kłócił się z jakością oprogramowania....
Nie żeby grubiaństwo e-mózgu poruszyło naszego młodego naukowca - sam przecież uwielbia zdrożne dowcipy i mocne słowa - ale żeby ta kupa złomu śmiała go obrażać...!?
Już namierzył "Delate", gdy nagle zabolał go palec naciągnięty poprzedniego dnia na ściance. Postanowił, że zanim wciśnie przycisk i zakończy elektroniczny bełkot, musi się najpierw rozgrzać. "Wykasuj" był w końcu najoporniej chodzącym przyciskiem w jego - dołączonym do sieci - laptopie.
W tym momencie ton kompa się zmienił: Na ścianie będzie pięknie, wokół Was latać będą motyle, grań szczytowa przyprawi Was o szczytowanie, przejdziecie ścianę, tak a tak."
W tej samej chwili z drukarki wyskoczył schemat potencjalnej drogi z dużą ilością szczegółów. Dalsze proroctwa brzmiały niepokojąco:
"Nie zrobicie południowej niezdobytej ściany Kichatny, bo jej nie ma. Wy chcecie zdobyć coś gładkiego i dlatego wybierzecie "Cytadelę", ale ona już jest zdobyta. Na Was czeka za to sam środek monolitu. Nie bójcie się, że będzie to zupełnie niekomercyjny cel idźcie za swoim marzeniem, sławne magazyny i tak będą pisać o Waszym przejściu we wszystkich językach świata...a ty Belczyński wpadniesz do szczeliny brzeżnej. Nie raz i nie dwa. Wpadniesz do niej i się przestraszysz.... Żulu...." Wycedził zawadiacko astro-komp.
Tego było za wiele , palec był już rozgrzany, nastąpił błyskawiczny strzał do 'Delete".
Czego jeszcze dowiedział się Krzysiek i czy w ogóle tak wyglądała jego rozmowa z komputerem tego nie dowiemy się nigdy. Ważne, że zasada nr dwa, czyli:"Podział wyciągów" miała swą naukową podbudowę.
Ta zasada też wszystkim pasowała. Jednym bardziej, drugim mniej. Nikt nie wiedział, że kolega wyznaczony do fotografowania cierpi na rozdwojenie jaźni, i że co prawda ciągle pstryka, wymyśla, coś sobie szkicuje, ale z każdym dniem coraz bardziej zazdrości kolegom ich "łupów". Pewnego dnia mieszanka napalenia i zazdrości spowodowała zakłócenia w pracy autofocusa. Chwilę potem na nogach fotografa pojawiły się Kendo nr 38. Specjalnie za duże-wielkościanowe. Przez dwie godziny prowadził najbardziej kruchy wyciąg świata. Krzysiek i Marcin wisieli dokładnie pod spodem. Chwyty trzeba było odkładać na miejsce lub wyrzucać daleko za plecy...Najbrzydszy wyciąg na najpiękniejszej drodze Kichatny. Nie szkodzi, jakoś trzeba było zacząć odliczanie 20%...
Ściana okazywała się coraz piękniejsza..... Zespól działał harmonijnie, jak szczęśliwa zgodna rodzina( ha!), portale wibrowały od śmiechu , realizowaliśmy plan w stu procentach, wspin za dnia, wieczorem zjazd do wiszących pięć stów nad glebą namiocików , smaczne liof-żarełko, snickersik na deserek, i jak zwykle kilka złotych myśli. Ważkich myśli. Marcin wspominał poprzednią wyprawę:
-I tak gadaliśmy, a wiadomo jak my z Krzychem gadamy to aż śnieg się nad nami topi.
Teraz śniegu wokół było niewiele w pionowej ścianie holowaliśmy go ze sobą, z czegoś musieliśmy mieć wodę.
Wisimy, rzeźbimy, wygląda na to, że"życie w ścianie" to raj. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to raj wg ogólnie przyjętych kanonów. Dwa wyciągi drogi przyprawiają nas o palpitacje serca. Raz kilku lub raczej kilkunastotonowy głaz wisi nad nami zaklinowany na małym kamyczku, Krzykacz wrzuca friendy prosto pod niego, podobno wypatrzył jakąś szczelinę pod spodem. "Płynie" w ciszy. Stara się nie dotykać skały. Wisimy pod nim, jedno jest pewne, jeśli poleci, to nas nie ma.
To tekst dla środowiska wiec mam nadzieję, że nikt z Was nie wspomni o braku odpowiedzialności.... Nie będę ściemniał baliśmy się, ale to była jedyna linia, jedyna logiczna linia. I nasz świadomy wybór. Mamy do niego prawo.
Dziennikarze wciąż wkładają w nasze usta bełkot w rodzaju -jestem uzależniony od adrenaliny, poszukuję strachu.
Osobiście uważam, że to bzdura. Oczywiście mówię sam za siebie, bo może jakiś kolega jest uzależniony od adrenaliny, może nawet daje nią w żyłę....
To jasne, że czasem stajemy w obliczu skrajnego zagrożenia. Ale Panie i Panowie czy my naprawdę jesteśmy takimi bohaterami? A może szukając przygody, wchodząc na góry, po prostu sami ładujemy się w takie przerażające okoliczności przyrody. Tam, co prawda trzęsiemy się ze strachu, ale już nie ma wyjścia, trzeba to przejść.
Czy my szukamy w górach strachu, czy może to on nas znajduje i nie ma przed nim ucieczki? Potem już w ciepłych domkach snujemy opowieści, a ludzie robią z nas bohaterów. To oczywiście mniej mitomański scenariusz, bo czasem to nie inni, ale my sami robimy bogów z siebie lub naszych partnerów. I znów osobiście: zawsze śmieszyły mnie te wszystkie slogany o bohaterstwie i peany na część tych, co po prostu ocalili swój tyłek. Jak alpinista może stać się bohaterem? Chyba nie dlatego, że po prostu się wspina?
Zawsze, gdy dziennikarze wymieniają przy mnie słowo adrenalina zaraz potem pada pytanie: "Po co." Wiecie dobrze, że próby wyczerpującej odpowiedzi w jednym zdaniu są skazane na niepowodzenie. Zanim zacznę moją próbę zawsze ostrzegam:, "Ale, to nie nadaje się do gazety."
Media uwielbiają, krótkie, dobitne sentencje: "Jestem uzależniony od adrenaliny". Trochę wyświechtane, ale brzmi doskonale. "Jestem zdobywcą", "Uwielbiam strach", "Spiderman w Warszawie", takie skróty nadają się doskonale.
Są niezłe - sam tak uważam - i choć za nimi nie przepadam to rozumiem sens zastosowania w dużych mediach, które kierują się nie do nas, wspinaczy, ale do niewtajemniczonego przechodnia. To jedyny sposób, aby go zainteresować. Dobrze rozumiem wydawcę dużego magazynu, on musi sprzedać pismo, musi zgarnąć szmalec za reklamy, to w końcu biznes...
Ale ja nie jestem biznesmenem i dlatego zawsze mówię, że "nie robię tego dla adrenaliny ani pieniędzy" Mój dalszy wywód jest długi i nieudolni pismacy rozkładają ręce, wg nich to się nie nadaje. Za długie, zbyt wiele wątków, zbyt szczere lub zbyt patetyczne.
Czasem przytrafi się dziennikarz, który nie tyle kalkuluje biznesowo, co naprawdę nic nie kuma.
- A nie mógłbyś powiedzieć o adrenalinie?
I co? Myślicie, że w takim momencie należałoby skończyć rozmowę?
Pewnie tak ,ale jeszcze do tego nie dojrzałem, zaczynam opowiadać mu przygody, dawać przykłady, i sugerować że złożona wersja zdarzeń jest równie piękna i fascynująca.
- Stary ja to wiem - koleżka blefuje wyłączając dyktafon - ale jak to przekazać prostemu człowiekowi na papierze?
- To co, ja mam to za ciebie zrobić? Kolego napisz ten tekst w 8 godzin zamiast jednej. Może ci się uda.
Ale nic z tego, ośmiogodzinny dzień pracy źle się kojarzy, to jak szychta w fabryce. Intelygencja tyle nie pracuje... Może dlatego w gazetach nie czytamy prawdy. W ogóle słowo pisane zeszło na psy (uważajcie na ten tekst!!!).
Artykuł musi być prosty, lekki i zabawny....
- Ty, przetestuj ten przelot.
Tomaszewski prowadzi czujną A3.
- Co będę testował jeszcze wyleci.
A nie mówiłem, on nie uznaje "miętkiej" gry.
"Cytadela" była piękna jak smukła niewiasta. Linia drogi, którą wypatrzyliśmy przez lornetkę kluczyła systemem rys. Raz puszczała wg planu, kiedy indziej narzucała swoja własną choreografię. Przez kilkanaście dni żyliśmy w tej rzadko odwiedzanej przez ludzi dolinie. Na granitowej ścianie kreśliliśmy swój wzór. Dla mnie kolejne decyzje,kolejne wyciągi, które otwierały drogę do szczytu to nie było "zdobywanie" góry. To nie był podbój. Raczej wyzwanie artystyczne, kreacja.
W takim razie, czy wspinaczka to sztuka? A co to jest sztuka? To trudne pytania. Nawet dyplomowani "artyści" spod znaku ASP, mają trudności z odpowiedzią. Znów pozostaje tylko osobiste odczucie, które nie jest proste i nie nadaje się do Playboya. Dla mnie wspinaczka bywa sztuką prze duże S. Oczywiście, tylko w niektórych przypadkach i tylko w wykonaniu "dobrego artysty". Jest to sztuka, którą rozumiem jako kreację oraz umiejętność podążania we właściwym życiowym kierunku.
Co jeszcze? Przygoda? To na pewno. Sport? Tylko po trosze.
To co, może nasz Związek powinien się nazywać PZAA? Czyli Polski Związek Artystów Alpinistów? Byłoby wspaniale. Należelibyśmy do elity, sam prezydent przylatywałby na uroczyste premiery pod ścianę.....Otwieranie nowych dróg to byłby dobrze wyreżyserowany spektakl. Cudownie.....
Albo nie! Nic takiego nie mówiłem! Cofam! Nic nie zmieniać! To bez sensu.
Przecież na sport dają więcej kasy, tymczasem "artyści" klepią biedę. Niech już zostanie PZA.
Znowu na Alasce....
- Ale jestem podekscytowany - szczerze wyznałem któregoś dnia.
- Za dużo kawy wypiłeś.
To by się nawet zgadzało,ale nie w moim przypadku. Nie piję kawy... Szkodzi mi na cerę....
Dlaczego byłem podekscytowany? Czy istniał ku temu jakiś powód?
Jeśli jeszcze nie zrozumieliście to chyba już nie zrozumiecie...
Gdy tak bujaliśmy się w portalach, czasem miotani przez wiatr i zasypywani śniegiem, uświadomiłem sobie, że miesiąc wcześniej wspinałem się po innej ścianie, trochę cieplejszej.....
Robiliśmy nowe drogi w rzadko uczęszczanej przez wspinaczy Zatoce Ha-Long w Wietnamie. Przez ponad dwa tygodnie pływaliśmy na wynajętym statku. Wspinaliśmy się prosto z małej łódeczki. Niektóre turnie miały po 200 metrów wysokości. W naszej eksploracyjnej przygodzie, znów pojawił się element kreacji. Przebieraliśmy w ścianach do woli, tylko niektóre z nich zostały "zdobyte". Szukaliśmy najpiękniejszych i w końcu udało się wytyczyć kilka ładnych linii.
Ekipa znów była nawiedzona. Po pierwsze, Eliza Kubarska, która jest jedną z najzdolniejszych wspinowych istot, jakie spotkałem, robi trudne drogi na skale i mamy podobne poglądy na sztukę. Co więcej wyznajemy tę samą religię - wierzymy w podróże i wspinaczkę. One niosą wybawienie.
Przemek Klimek, on też rozumie naszą filozofię, poza tym jest poszukiwaczem przygód. W końcu "Shamick", Przemek Byszewski. Na ogół mieszka w Kanadzie, ale zimy spędza w Azji lub na pustynnych ścianach w Utah. Jest naszym ekspertem od tropikalnej eksploracji. Spędził 8 lat na wspinaczce i reblotingu w Tajlandii. Ponownie obijał sektory ze zniszczoną asekuracją. To m.in. dzięki niemu świat przyjeżdża do Tajlandii jak do wspinowego raju.
Shamick jest nomadem. Podobnie jak reszta teamu. Podobnie jak setki tysięcy wspinaczy na całym świecie. Podróżujemy po globusie w poszukiwaniu nowych ścian. Niektórzy wspinacze wędrują na zimę jak ptaki lecące do ciepłych krajów.
Jadą tam gdzie akurat są dobre warunki do wspinania. Od lat próbuję podążać tym szlakiem i w różnych zakątkach spotykam tych samych ludzi. Nie umawiamy się, po prostu wyczuwamy gdzie trzeba być...
W polskich realiach to się nie zawsze udaje. Amerykanie, Niemcy...oni mają większą swobodę finansową. A więc nie zawsze za nimi nadążamy....
Najdłuższa droga, jaka zrobiliśmy miała jakieś 100 m. Prawdopodobnie nikt przed nami nie stał na szczycie tej turni. To była przygoda w tropikach, nowe drogi nad nami, rafa koralowa pod pokładem sypialni. Z dala od mrozów, na ścianach mniejszych, lecz wymagających dużej sprawności we wspinaczce skalnej. Tam odnalazłem świat równie fascynujący jak Big Wall.
Był to świat zupełnie inny, choć nasze motywacje i rodzaj gry były podobne.
-Skałki - już słyszę pogardliwy ton "górskiego znawcy".
- Tak skałki, ale nieco wyższe od wielu ścian w naszych górach.
Jeszcze przed naszą wyprawą Shamick postawił sprawę jasno: ja ci pomogę na ścianach w Wietnamie, a ty mi przy projektach w Tajlandii. Nie ma sprawy, zawsze uważałem, że skały Tajlandii to jedna z najlepszych miejscówek na świecie. Ruchy na okapach Tonsai na długo zapadają w pamięć, a wspinowy ruch to kolejna rzecz, jaką kocham w naszym sporcie. I choć zawsze marzyłem o tym, aby być wspinaczem wszechstronnym, to właśnie wspinaczka skalna jest dla mnie najważniejszą odmianą wspinania. Niestety jest ona jednocześnie odmianą w pewnym sensie najtrudniejszą.
Jeżeli tylko haczysz, masz dobrą psychę i sprawność ślusarską to już możesz wbijać się w ścianę. Do tego nie musisz trenować przez cały rok na okrągło, nie musisz się martwić, że jak pojedziesz na wyprawę to spadnie ci moc, i że palce osłabną....i że potem po powrocie nie będziesz mógł zadygać w skałach czy na bulderowni. Po prostu myślisz o nowej ścianie, nowej przygodzie. Zazdroszczę Ci, bo ja myślę jednocześnie o przygodzie i o tym jak odzyskać moc i dlaczego znów spadam z łatwego obwodu Remiego....(dla nieświadomych: Remi to nasz warszawski guru). Martwię się też tym, że jeśli nie odzyskam formy w ciągu - dajmy na to - miesiąca, to w skałach nie będę mógł przejść pewnej pięknej drogi. Niestety piękna droga jest na ogół trudna. Przynajmniej dla mnie nie-sportowca, który nierozważnie porzuca cykl treningowy, gdy tylko nadarzy się szansa na nową wyprawę.
Pewne podejrzane jednostki np. zagorzali "sportowcy-skałkowcy" uznają takie postępowanie za bezsensowne, tymczasem tzw. "taternicy", powiedzą, że jestem nawiedzonym panelowcem. Wszystkim nie dogodzisz. Ale przecież nie o to chodzi.
Jedno jest pewne, czasem meczę się ze swoim "rozdwojeniem jaźni".
Powikłane jest życie, poskręcane koncepcje. I gdzie tu prosta, dobitna sentencja?
Że też ktoś - niedawno - nazwał mnie postacią medialną. To nieprawda, ja zbyt komplikuję sprawy. No, bo jak można lubić jednocześnie góry i skałki, wspinać się na budynki i kochać przyrodę, negować sport i uprawiać sport? Jak można być jednocześnie wspinaczem i fotografem? Jak być "twórcą i tworzywem"?
- Tego się nie da zrobić - powiedział mi pewien kolega. A ja mu powiedziałem, żeby spadał na bambus. Próżna rada, on wspina się tylko w Rzędkowicach, a tam rosną sosny.
Tymczasem w Tajlandii Shamick wysłał mnie na pewną śmierć. Plakietki na starych drogach wyjmowaliśmy palcami. To były te same petzlowskie bolty, które mają napis 2 tony.
Podczas wspinaczki czasami wolałem iść na żywca niż wpinać ekspresy do tej kupy złomu. Gdy już byłem przy stanowisku wciągałem wiertarkę ,wzmacniałem je i zaczynaliśmy prace. W podobny sposób Shamick przez lata ubezpieczył połowę tajskich sektorów.
Jednak w tym roku wspinał się jakby mniej, wolał stać na dole i prowadzić konwersację z kolejną podrywaną dziewczyną. W końcu asekurowanie żywcującego gościa nie zajmuje zbyt wiele czasu, a flirt rządzi się swoimi prawami. Trzeba go podtrzymywać.
Poza tym nasza podróż- przez labirynty Ha-Long i wysepki Tajlandii-trwała dość długo więc zaczął tęsknić za urokami seksu.
Po jakimś czasie w końcu do mnie dotarło: nie tylko big wallowcy mają marzenia....
Wszyscy gramy w tę samą grę.
David Kaszlikowski (Warszawa XII.2003)
Dziękuję moim sponsorom, firmom Red Bull i Alvika, oraz Polskiemu Związkowi Alpinizmu za tegoroczne przeżycia.
[koniec]
W lutym i marcu 2003, ekipa w składzie: Eliza Kubarska, Przemek Klimek, Przemek Byszewski, David Kaszlikowski wytyczyła nowe drogi w zatoce Ha-Long, w Wietnamie. Wspinaczka prosto z pokładu statku zakończyła się wytyczeniem 'Vampire State Building" (7b), która prowadzi środkiem 100metrowej ściany i nowego sektora skałkowego (drogi do 7c/c+). Ekipa po raz pierwszy w historii zebrała namiary na wszystkie eksplorowane sektory w rejonie. Na ich podstawie światowe magazyny przygotowują obszerny materiał o wspinaniu w Wietnamie. W Tajlandii Byszewski i Kaszlikowski rozpoczęli prace reboltingowe na wyspach Phi Phi
Na przełomie kwietnia i maja 2003, zespół w składzie: Krzysztof Belczyński, Marcin Tomaszewski, David Kaszlikowski wytyczył w górach Kichatna, na Alasce, nową droge: "Ostatni Krzyk Motyla', ekipa oceniła jej trudności na : VII, A4, C3 / VI Big Wall, 70 st. lód. Jest to jedna z najtrudniejszych dróg, jakie Polacy wytyczyli w Ameryce.
|
 |