o autorze
nasze referencje
portfolio
galerie
artykuły
niusy
imprezy
partnerzy
kontakt
powrót do indexu artykułów

VOYAGE (X.2000)
Tekst podróżniczy
Tekst i zdjęcia Dawid Kaszlikowski


DRZWI DO PRZYGODY

Wspinaczka w Tajlandii to więcej niż walka z grawitacją.
Ściany stoją na tu środku morza lub w dżungli.
Teraz trzeba do nich dotrzeć.


Płyniemy na bezludną wyspę. Jedną z wielu, które podziwiam co rano, stojąc na krańcach opuszczonej plantacji kokosów. Kilka metrów dalej po piasku biegają kraby. Gdy tylko chmury podniosą się nieco wyżej, na horyzoncie pojawiają się małe wysepki. Stoją gdzieś pośrodku morza kusząc skalnymi płaskowyżami. Wspinaczka na nie będzie jedną z moich najbardziej egzotycznych przygód.
Na wyspie zamierzam odnaleźć skarb Robinsona Crusoe, który płynie teraz ze mną w długiej tajskiej łodzi. Obiecał, że zawiezie mnie i moich przyjaciół do 'el paradiso', sekretnej zatoki, rajskiego miejsca o którym nikomu jeszcze nie mówił. Tajemnica będzie nasza pod jednym warunkiem. Mam pomóc Robinsonowi w odkrywaniu skarbu....na co zgadzam się bez wahania.
Prawdziwe imię naszego Robinsona brzmi dosyć swojsko - Przemek, dla okolicznych mieszkańców i przyjaciół „Shamick”
Przemek Byszewski od lat pomieszkuje w Tajlandii i jest jednym z najbardziej aktywnych alpinistów w tej morskiej krainie. Pojawił się tu na długo przed najazdem turystów. Mieszkał na dzikich plażach, przedzierał się przez dziewiczą dżunglę, walczył ze stadami małp, które kradły mu pożywienie. Ale przede wszystkim wspinał się na otaczające ściany, które należą do najwspanialszych na świecie. Bywa nazywany ambasadorem wspinaczki i jest jedną z najbardziej poważanych przez Tajów osób. Na wapiennych ścianach mierzących nierzadko po 100 metrów wytycza nowe drogi to one są dla alpinisty prawdziwym skarbem. Ja sam w pełni podzielam tę wizję, a zobaczenie skarbu Przemka będzie dla mnie szczególnie emocjonującym zajęciem.
Dopływamy na wysepkę. Wyskakujemy z łodzi, chwilę przedzieramy się przez gęsty tropikalny las, Przed nami stoi ściana ozdobiona stalaktytami. Przemek chce tu poprowadzić dwie nowe drogi. Wyciągamy sprzęt: liny, karabinki, specjalne metalowe kostki, ktore zakleszczymy w szczelinach i będziemy się z nich asekurować. Tym razem w naszych plecakach mamy także wiertarkę, młotek, klej i solidne nierdzewne haki, które zostawimy na ścianie. To wszystko po to, aby nasi następcy, którzy pojąwią się tu po latach mogli wspiąć się naszą, nową drogą. By nie musieli martwić się o asekurację.
Skała jaką tu zastaliśmy jest bardzo wymagająca. Sciana jest gładka i nie znajdujemy na niej wielu puntktów oparcia dla rąk. Jedyną szansą na sukces jest szybka niemal akrobatyczna wspinaczka podczas której nie można myśleć o asekuracji. Dlatego haki sa wbijane na stałe przez pierwszych zdobywców. Nie znaczy to wcale, że każde kolejne przejście będzie super bezpieczne Nasze haki mogą szybko skorodować i wypaśc pod obciążeniem. W tej okolicy przez mikroskopijne dziurki w wapieniu wysącza się niszczący kwas, który „zjada” nawet najlepszą nierdzewną stal. Kilka dni przed moim przyjazdem,wysoko na ścianie, pewien Francuz postanowił odpocząć chwilę zawisając na starym haku. O ile wiem do dziś leży w śpiączce.

Tropiki

Jesteśmy w południowej Tajlandii. Wkoło gorące wody Morza Andamańskiego.Kilka miesięcy temu na jednej z okolicznych wysepek skończono kręcić hoolywoodzką superprodukcję- „Niebiańską plażę”. Nie będę daleki od prawdy jeżeli nazwę to miejsce rajem. Przemek przepowiada:
Jednego jestem pewien gdy zbliży się termin waszego wyjazdu będziecie płakać lub szybko zarezerwujecie bilety powrotne na dalszy termin.
Nasz bungalow stoi na półwyspie Phra-Nang i choć nie jest to już dzikie miejsce to wciąż mieszkamy na obrzeżach dżungli, otoczeni zgrają małp i jaszczurów. Na mieszkanie wybraliśmy najspokojniejsze miejsce na półwyspie, zatokę Ton Sai, odcinaną co jakiś czas od reszty lądu przez wysoki przypływ. Głównym środkiem transportu są tu łodzie. Po prostu dlatego, że na półwysep nie prowadzi żadna bita droga. Otoczony górami i dżunglą Phra-Nang jest oazą spokoju. Do okolicznych miasteczek pływamy głównie po jedzenie. Najczęściej kupujemy ananasy, które kosztują tutaj złotówkę. Inne egzotyczne owoce to rambutany - wyglądają jak nieobrane kasztany. Ich skóra pokryta jest miękkimi kolcami i nic nie zapowiada, że w środku znajdziemy soczysty owoc.
Każdego ranka wędrujemy pod ściany przez dżunglę. Drzewa wypuszczają długie, mocne korzenie, które niczym węże wiją się w poszukiwaniu skrawka nie zarośniętej jeszcze ziemi. Wyrąbane w gestwinie ścieżki zarastają z dnia na dzień. Zdarzyło mi się wielokrotnie gubić szlak, który po prostu znikał gdzieś za zasłoną drzew. Zagubiony, stawałem wtedy bezradnie otoczony wilgotną gestwiną. Pot zalewał oczy. Czasem okazywało się, że ścieżka którą tu przyszedłem także jakimś trafem zniknęła. Przez moment poddawałem się panicznej myśli, że ten „ kipiący” życiem las próbuje mnie pochwycić, wchłonąć. Jedyne co mi pozostało to, przedzierać się między drzewami i zataczając kręgi szukać pozostałości ścieżki.
Tylko małpy skaczące nad moją głową nigdy nie miały problemów ze znalezieniem szlaku. Koronami drzew przebiegały całe stada gibbonów. Po kilkadziesiąt sztuk z małymi zręcznie przeskakiwało z gałęzi na gałąź. Niektóre podchodziły do mnie i moich przyjaciół i zaciekawione patrzyły na odbicia w naszych okularach. „Lusterka” najbardziej interesowały małe małpy, do tego stopnia, że próbowały je nam wyrwać. Napatrzyliśmy się na różne małpie sztuczki, które uświadomiły nam, jak kiepskimi jesteśmy wspinaczami. Malpy skakały nie tylko po drzewach. Po pionowej skale pomykały sprawniej od najlepszego alpinisty. Kilka lat temu jeden z pierwsszych eksploratorów tego rejonu powiesił kiść bananów na końcu bardzo trudnej wspinaczki. Małpa lekko przebiegła drogą, z którą skałołaz „ walczył „ już od wielu dni. Oczywiście nie używała liny. Małpy w odróżnieniu od nas potrafią także spadać. Shamick widział jak kilka małp ewakuowało się z piędziesięciometrowej ściany jednym skokiem. Przemek wisiał wtedy na linie próbując nowego wejścia. Na skalnej półce obok, przestraszone gibbony wykonały zbiorowy skok w przepaść. Wylądowały na drzewach stopniowo wyhamowując upadek. Z gałęzi na gałąź zwalniały lot zaczepiając się ogonem i łapami. Zatrzymały się kilka metrów nad ziemią. Później „Robinson” widział jeszcze wiele takich skoków.

U STÓP BUDDY

Wspinaczka nigdy nie byla dla mnie kolejną dyscypliną sportu. Zawody, pokonywanie coraz trudniejszych dróg cała ta skalna ekwilibrystyka są fascynujące, ale dla mnie wspinanie to drzwi do przygody. Sposób na zwiedzanie świata. Dlatego podczas moich sportowych wyjazdów zawsze staram się zobaczyć coś więcej poza skałą na którą „muszę się wspiąć”.
Na plaży Phra-Nang kazdego dnia opalają się amerykańscy turyści. Dziewczyny topless nieodmiennie przyciągają mój wzrok. Szkoda jednak, że podczs swoich plazowych wakacji zobaczą niewiele więcej poza tym skrawkiem piasku.
Pewnie nie pójdą nawet do niesamowitej laguny ukrytej w lesie niecały kilkometr stąd. Większość z nich przechodzi za to co rano obok „Groty z Fallusami”. Patronka miejscowych rybaków, hinduska boginka w zamian za pomyślne połowy przyjmuje od miejscowych ogromne rzeżbione fallusy. Grota z podobizną bogini usłana jest setkami drewnianych i parafinowych członków.
Takie „ofiary” to dla Tajów tradycja i nikt tu nie gorszy się ich widokiem. Za to szczególnie chętnie bywają tu turystki...
W przerwach miedzy kolejnymi wspinaczkami, chętnie wskakujemy do łodzi.
Z tajskim przewodnikiem prujemy przez lasy mangrowe w poszukiwaniu naskalnych malowideł. Podobno gdzieś w okolicy, w zalanych wodą lasach stoja skały z prehistorycznymi malowidłami. Nasz siedmioletni guide, jedyny mieszkaniec wioski posługujący się nieco angielskim pokazuje nam kilka z nich Wchodzimy do jaskini której całe dno pokryte jest muszlami. Stare malunki sa juz bardzo zniszczone i szczerze mówiąc czujemy się zawiedzeni. Spodziewaliśmy się czegoś większego. Przez chwilę zostajęmy sami, nasz przewodnik znika. Mam nadzieję, że na krótko bo jesteśmy zdani na jego łaskę Wodny labirynt jakim tu przypłynęliśmy jest dla nas wielką niewiadomą.
Taj prześlizgiwał się przez las wąskimi korytarzami niezarośniętej wody. Nie mamy żadnych szans by się stąd wydostać bez jego łodzi. Przecież nie bedziemy płynąć wpław. Szczególnie, że w przewodniku piszą:„Tajlandię zamieszkuje 25 gatunków węży morskich, większość jest jadowita”.
Innym razem wynajętymi motorowerami jedziemy w głąb kraju. Tygrysia Jaskinia lub jak mówią tubylcy Wat Tam Sua jest dużą buddyjską świątynią.
Na okolicznej górze znajduję się podobno odcisk stopy Buddy, a wiodą tam 1272 strome stopnie. Droga na tą górę staje się naszą jedyną wspinaczką bez sprzętu. Tysiąc schodków to całkiem sporo, więc znów zalewamy się potem. Podobno ma to być dla nas oczyszczeniem. Wysiłek ma nas uszlachetnić. Już oczyszczony mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Budda musiał być naprawdę wielkim czlowiekiem. Trzy albo czterometrowym. Odcisk jego stopy ma ponad pół metra długości.

JAKI TEN ŚWIAT MAŁY

W podróży towarzyszy mi Eliza Kubarska i Przemek Klimek. Eliza i Przemek podzielają mój zapał do egzotycznych wspinaczek. Wszyscy podróżujemy szukając miejsc, ”gdzie się coś dzieje”. Alpy, skały Afryki, Azji... Ciągle spotykamy się w naszych małych mekkach wspinaczki. Nawet tu w odległej Tajlandii widzę znajomych z Francji. W sąsiednim bungalowie mieszka piękna Dalvinder, z pochodzenia hinduska. To ta sama dziewczyna za którą oglądałem się jakiś rok wcześniej na kempingu we francuskim Claret. Dal przyjechała tu ze swoimi angielskimi kumplami i też się wspina. Jest niezła, na skale porusza się lepiej od chłopaków. Podobnie jak Eliza która jest zresztą, jedną z lepszych polskich wspinaczek. Z dnia na dzień nasz Przemek coraz dłużej przesiaduje w bungalowie Dal, aż któregoś dnia przenosi się tam na dobre. Zakochana para ogląda korale gdzieś na okolicznych wysepkach, a ja tymczasem spotykam kolejnych znajomych. W okolicach najbardziej przewieszonej ściany, podobnej do sufitu zgromadziła się cała śmietanka sportowych wspinaczy. Duża grupa Japończyków, Francuzi, Amerykanie wszyscy próbują sił na trudnych drogach. Wśród nich Eric, który jeszcze dwa dni temu trenował na sztucznej ściance w Nowym Yorku z moim kumplem Jarkiem. Cloud („podobnie jak Claude”) z Nowego Meksyku pożycza ode mnie linę. Obok Miyoko, Japonka która woli wspinać się z europejczykami, ”bo traktują kobiety lepiej od azjatów”. Największą furorę robi jednak Kong, Koreańczyk, który podobnie jak Shamick, spędził tu już wiele sezonów. Dzisiaj Kong wykonuje pokazowe skoki ze ściany. Wspina się na sama górę po czym skacze na linie, obliczając jej długość, tak by wylądować 10 cm nad ziemią. Kong ma opracowany jeszcze inny numer Numer wieczorny. Gdy zapada zmrok przychodzi do okolicznego baru i bucha dwumetrowym płomieniem prosto z ust.
Pewnie byś nie zgadł ale cała ta miedzynarodowa śmietanka pomyleńców pojawiła się tu z powodu wapiennych urwisk, jakich w Tajlandii nie brakuje.

W OPAŁACH

Przywalił jakby chciał zabić najgorszego wroga. Masywne kopnięcie z półobrotu niemal rozerwało obszycie worka. Niedaleko od naszego bungalowu obserwowałem trening mistrza. Lim przygotowywał się do walki w nadchodzących mistrzostwach tajskiego boksu. Zawiesił worek pełny piasku na gałęziach i kopał jak w amoku. Mistrzostwa miały sięodbyć już za kilka dni, w pobliskim miasteczku Ao- Nang. Na prymitywnym stadionie mieli się spotkać zabijacy z całej Tajlandii. Po jedynej wyasfaltowanej drodze Ao- Nang jeździł jeep z wielkimi magafonami i zapowiadał tę szczęśliwą chwilę. Zorientowałem się, że na stadion wybierają się niemal wszyscy mieszkańcy. Dla wielu z nich oglądanie boksu to najlepsza rozrywka. Byłem jedną z zaledwie kilku osób które nie chciały iść na stadion. Kilka projektów wysoko na ścianach o wiele bardziej zaprzątało moją głowę. Znacznie bardziej niż widok dwóch naparzających się facetów. A jednak A0- Nang był tego dnia naszym przeznaczeniem. Musieliśmy uzupełnić zapas butelkowanej wody. Tylko taka nadaje się tutaj do picia. Zanosiło się na wieczorną wycieczkę. Był odpływ. Kilka łódek zazwyczaj stojących przy samej ścianie lasu, bujało się teraz jakieś pół kilometra dalej na krawędzi wody. Dzieliła nas od nich mokra breja, mułu, muszli, i kamieni. Przeszkoda na drodze do zewnętrznego świata. Łódki były naszym jedynym łącznikiem z cywilizacją, byliśmy od nich uzależnieni.
Przeszliśmy dnem zatoki i spotkaliśmy naszego ulubionego przewoźnika pana Matta. Jak wielu tutaj także on był kiedyś mistrzem boksu. Już dawno porzucił tę kaleczącą ciało profesję, ale wszyscy wiedzą, że Matt jest siłaczem. Regularnie wygrywa zawody w przeciąganiu łodzi po piasku. Tutejsze łodzie nie należą do łupinek, ale on potrafi przeciągnąć swoją najdalej.
Tej nocy po raz pierwszy widziałem tak niespokojne morze. Fale podrzucały nas do góry, a Matt walczył ze sterem, zapierając się całym ciałem, aby tylko utrzymać kierunek. Niczym nieprzyczepiony mógł równie dobrze wylecieć za burtę. Co mógłbym wtedy zrobić? Nagle uświadomiłem sobie, że nie potrafię zatrzymać motoru. Jeżeli Taj wyleci będziemy płynąć przed siebie, aż w końcu rozbijemy się na skałach. Nie wyleciał.
Wyskoczyliśmy na brzeg. Matt wziął swoje pieniądze i odpłynął.Był już późny wieczór więc szybko zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy na plażę gdzie zwykle czekają przewoźnicy. Zwykle. Ale nie tym razem. Żadnej łodzi na horyzoncie. Czekaliśmy godzinę, dwie.... Była już prawie dwunasta zaczął padać deszcz, a morze huczało coraz głośniej. Dlaczego akurat dzisiaj nikt nie chciał pływać?
Pojawił się za to jeden gość z pobliskiego osiedla bungalowów i zaoferował nacleg za jakąś horendalną kwotę. Nie chcieliśmy jego bungalowów, przecież w zatoce o kilkanaście minut stąd czakał nasz. Pusty. Sytuacja była nieciekawa. Staliśmy na plaży mokrzy. Ubrani tylko w krótkie spodenki i t-shirty. Eliza zaczęła drżeć z zimna. W plecaku miałem butelki z wodą i żadnego ubrania. Portfel był prawie pusty. Teraz wiedzieliśmy- nikt już nas nie zabierze do domu.
Deszcz przestał padać, ulica zaczęła wysychać. Była już pierwsza. W pobliskim domostwie gospodarz zaoferował nam nocleg na podłodze. Na brudne linoleum rzucił plecione maty i dwa skrawki prześcieradeł. Karaluchy chowały się przed światłem latarki. Gościnny gospodarz poszedł do siebie, a my ułożyliśmy się na twardych matach. A jednak nie mogłem spać. Stada komarów kąsały niemiłosiernie, a nasze prześcieradła były o wiele za małe by się szczelnie okryć. Około trzeciej nie wytrzymałem. Poszedłem na spacer przez miasto. Nie byłem sam. Między hotelikami uwijały się młodziutkie Tajki. Były śliczne. Dwunasto-czternastoletnie. To prostytutki, nieraz wynajmowane przez zachodnich turystów na cały urlop. Minąłem grupkę pracujących dziewczynek i skierowałem się na plażę. Wiatr ucichł, było całkiem przyjemnie. I zorientowałem się, że na plaży nie ma komarów. Szybko pobiegłem po Elizę Zwinęliśmy „łóżka” i rozlożyliśmy się na piasku, pod jakimś dużym drzewem.
W końcu zasnęliśmy. Nad ranem coś załaskotało mnie po twarzy. Białe płatki spadały z kwitnącego eukaliptusa. Z gałęzi obserwowały nas ptaki. Sielankowe przebudzenie.

JĄDRO CIEMNOŚCI

Piętnastometrowy stalaktyt, który wisiał nad moją głową nie budził zaufania. Miałem nadzieję ża wspinaczka nie prowadzi przez niego. Ten potężny kilkutonowy naciek wisi tu już tysiące lat, ale przeciez nikt wcześniej nie wbijał w niego haków, nie obciążał go. Jeżeli wejdziemy na niego i spadnie to nie mamy zadnych szans... Wisieliśmy na stumetrowej drodze „Shamicka”.
Alpinista wytyczył tu swój nowy szlak. Ubezpieczył ścianę i jako pierwszy próbował ją przejść. Jednak w ostatnich dniach jego dobra forma gdzieś się ulotniła. Dorwało go jakieś tropikalne choróbsko. Osłabiło go tak bardzo, że podczas ostatniej próby omdlał. Jego niemiecki partner pomógł mu zjechać do podstawy ściany. „Shamick” nazwał droge „Jądrem ciemności”.
I nie otwierał jej dla następnych wspinaczy. Ściana wymagała jeszcze dodatkowego czyszczenia. Upstrzona potężnymi stalaktytami, miała na sobie dużo luźnych kamieni, które mogły zamienić się w lawinę. Uparłem się jednak by razem z Elizą przejść drogę jako pierwszy powtarzający zespół. Przemek w końcu się zgodził. Eliza rozpoczęła wejście, po dwudziestu metrach złapała malutki występ i... spadła. Skała ukruszyła się pod jej ręką. Wyżej na ścianie tak samo. Tym razem spadam ja. Urywa się stopień, tracę równowagę i bez żadnej kontroli lecę w dół. Na jakichś osiemdziesięciu metrach wielki system stalaktytów zagradza nam drogę.
Odkrywamy tajemnicę ściany. Nie muszę wchodzić na kurtynę nacieków. Nasza droga znika pod nimi. Najpierw wiszą kilka metrów za plecami, ale w końcu dochodzę do miejsca gdzie stykają się ze ścianą. Przede mną jaskiniowy zacisk. Tego jeszcze nie było. Zacisk głęboko pod ziemią to zwykła sprawa, ale tu wysoko nad powierzchnią morza to ewenement na skalę światową. Wciskam się w szczelinę, stopy wiszą w powietrzu. Gdzie prowadzi ta droga? Może do środka góry? A może właśnie tam jest skarb Shamicka, w jądrze ciemności. Trzeba to sprawdzić.

P.S. Inne teksty o wyprawach do Tajlandii publikowane m.in. w:
- Góry (V. 2000)
- Aktivist (XI.2001)


Rozmiar: 43 bajtów