o autorze
nasze referencje
portfolio
galerie
artykuły
niusy
imprezy
partnerzy
kontakt
powrót do indexu artykułów

A-ZERO
magazyn Klubu Wysokogórskiego Warszawa (XI.2001)

Tekst specjalistyczny
Tekst - Dawid Kaszlikowski

AFRYKAŃSKIE JOSHUA TREE I KILKA SZORSTKICH KAMIENI

Wszyscy słyszeliśmy o cudownych wspinaczkach w Maroku, 400-metrowych ścianach w wąwozie Todry i górskich eskapadach w Atlasie. Dla kilkuset wspinaczy z całego świata Maroko jest doskonałym celem zimowych wojaży, oazą ciepłej skały. Cóż jednak z tego, że kraj to ciekawy, barwny, a berberyjsko-arabska kultura powala na kolana, skoro jego skalne zasoby kończą się na jednym wąwozie? Właśnie tak myśli większość podróżujących wspinaczy, nie wracając po raz drugi do Maroka. Bo po co wracać gdzie już byłeś skoro tyle na świecie innych skał.. Ja też spędziłem tu miesiąc w '96, lecz mimo to kupiłem bilety na kolejny lot. Razem z Elizą wsiadłem do samolotu by, przez najbliższe 30 dni wspinać się w wapiennej Todrze i jeszcze „nie odkrytym” granitowym „lesie” głazów.

Tafraout.
Tę nazwę zna niewielu wspinaczy, choć pojawił się tu przed nami Ron Fawcett, Daniel Andrada czy Tony Howard (dawno temu w '63) to miasteczko to wciąż nie figuruje na wspinaczkowych mapach. W głębi doliny Ameln w Antyatlasie stoją tysiące granitowych bloków o kształtach jakich autorstwo mógłbyś przypisać rzeźbiarzowi. Kilkanaście głazów rzeczywiście było już eksplorowanych przez człowieka. I nie był to żaden bulderowiec czy inny nawiedzony z naszego klubu. Pierwszy pojawił się tu belgijski malarz Jean Verame razem z wielkimi kubłami farby. W przypływie weny pomalował niektóre kamienie ściągając na siebie gniew ekologów. Przedtem pomalował podobnie skały w Etiopii i w Czadzie. Dzisiaj malowane góry stały się atrakcją turystyczną. Wspinaczom Tafraout oferuje dwie odmiany wspinaczki. Amatorzy naturalnej protekcji mogą zaszaleć na kilkudziesięciometrowych ścianach na obrzeżach doliny. Długie wyoblone rysy bywają porównywane do dróg w amerykańskim Joshua Tree.
My przyjechaliśmy tu na buldery. Na setkach stosunkowo niskich głazów można spędzić cały wyjazd. Wystarczy mieć crash-pady i druciane szczotki do czyszczenia dziewiczych głazów na których jeszcze nikt się nie wspinał. Szczotki nam brakuje zatem pierwszy dzień „podbojów” zaczynam wizytą w sklepiku z narzędziami nabywając na wszelki wypadek cały zapas „druciaków”.
Bajecznie wyerodowane granity wymagają czasem specyficznych technik eksploracji. By wejść na nie muszę biec po ziemi, skakać i znów biec tyle, że po pionowej ścianie. Dopiero na końcu łapię obłe chwyty na górze kamienia. Nieudane próby kończą się zwykle obsunięciem po szorstkim granicie i zdartymi opuszkami. Na innych głazach rzeźba jest tak słaba, że nie jesteśmy w stanie odnaleźć chwytów.
Mieszkamy w hotelu „Reduane”. Właściciel Przemiły Hassan przydzielił nam obskurny pokój składający się z 4 ścian, połamanego łóżka, zatkanego kranu i gołej żarówki dyndającej z sufitu. Z ciemnej czeluści pod łóżkiem od czasu do czasu wychyla głowę insekt-zwiadowca. Zapewne sprawdza pokój przed conocną inwazją armii robali. Ilu? Tego nie chcę wiedzieć i przezornie nie zaglądam pod łóżko. Nie przyjechałem tu przecież walczyć z robakami muszę oszczędzać siły na buldery. Hotelowy prymityw nie robi na nas wrażenia. Zwłaszcza, że Przemiły Hassan proponuje nam wypożyczenie rowerów górskich na czas naszego pobytu w mieście. Zapytany o cenę obrusza się nieznacznie i klaruje mi, że rowery pożycza z czystej sympatii. „bo przecież nie każdy Arab chce coś od ciebie wyciągnąć.. ” Trudno w to uwierzyć. Za darmo? W Maroku? Tu, gdzie miejscowi targują się o każdy dirham?
Spodziewam się jakiegoś podstępu. Jednak czarna wizja zwiedzania rozległej doliny na piechotę zagłusza moje podejrzenia Wsiadamy na rowery i już po 15 minutach jesteśmy w centrum doliny. Jedziemy środkiem wielkiego plateau wybierając drogę zupełnie dowolnie. Część doliny w okolicy Malowanych Gór jest płaska, a jedynymi przeszkodami na naszej drodze są buldery i kolczasta półpustynna roślinność, która w następnych dniach przyprawi o zawrót głowy wulkanizatora z Tafrautu, łatającego 9 wielkich dziur na mojej oponie. Na razie jednak zwiedzamy dolinę bez przeszkód. Po obejrzeniu dzieł Verama (na płn-wsch. od miasteczka) zjeżdżamy do wsi Tazka. W jej okolicach nieco na wschód stoją kamienie intensywnie eksplorowane przez Hiszpanów. Podobno można tu znaleźć rzeźby skalne sprzed kilkuset lat. Przewodniki najbardziej reklamują „gazelę”. Niestety podczas naszej wizyty gazela gdzieś się schowała, bo mimo długich poszukiwań nie udaje nam się jej zobaczyć.

W pobliżu Tazki robimy kilka nowych przystawek. Ich trudności polegają głównie na trudnych, obłych wyjściach na szczyt kamienia, gdzie jako chwyty służą milimetrowe kryształki. Nasze nowe buldery mimo, że zrobione pozostały po nas nietknięte. Opieramy się modzie na podpisywanie kamieni nazwami nowych przystawek. Bo jak by to było gdyby po nas przyjechało w to piękne miejsce jeszcze tysiąc bulderowców i każdy podpisał wymyślony przez siebie problem grubym flamastrem lub jakąś farbą. Na najlepiej wyeksplorowanych kamieniach pewnie powstałyby wkrótce całe mapy przystawek, włącznie z opisem który łapać lewą, który prawą i czy jest sit down start. Nie, tego sobie nawet nie chcę wyobrażać. O ile podoba mi się praca malarza kolorującego kamienie to na pewno nie chcę oglądać bulderowych bazgrołów. Szczególnie na tych prastarych głazach. Przyznajcie sami, czyż nie jestem pełen sprzeczności?
Niektóre osoby z naszego środowiska dają mi czasem znać, że nie rozumieją i nie lubią bulderingu. Oczywiście mają do tego pełne prawo, choć mam wrażenie, że nie mogą go rozumieć bo nigdy nie spróbowały jak przyjemna może być wspólna zabawa i rozwiązywanie skalnych problemów na małych wysokościach. Bo buldering to rozrywka głównie towarzyska, tak samo jak rekreacyjne spotkania na ściankach. (Nie mówię tu o sportowcach, dla których jest on wybitnie ekstremalnym przeżyciem).
Przeciwnicy bulderingu zarzucają tej formie wspinania, że odrzucając ryzyko (bo nisko??) nie daje szansy na przeżycie prawdziwej przygody. I choć jest to-przynajmniej dla mnie- kompletna bzdura, to trzeba przyznać, że podczas bulderowania filozofia „alpejskiego zdobywcy” schodzi na dalszy plan. Bulderowiec nie przeżyje „ górskiej przygody” związanej ze zdobywaniem ściany, kłopotami logistycznymi czy walką o przeżycie (chyba, że wejdzie na duuuży kamień). Ale są też inne aspekty sprawy. Po pierwsze - i mało zachęcające - buldering wcale nie jest taki bezpieczny. Ludzie uprawiający go regularnie zgodnie przyznają, że to właśnie na kamieniach odnieśli swoje najgorsze kontuzje wspinaczkowe. A więc także i tu: jest ryzyko - jest zabawa (huraaa!).

Po drugie, wszyscy zaawansowani wspinacze skalni znają smak wspinaczki jako ruchu, specyficznej gimnastyki. Ten szlifowany i doprowadzany do perfekcji ruch realizujemy na kamieniach w najdoskonalszej formie, co przynosi „fury” satysfakcji. Przy okazji poszerza to umiejętności, których zwykle brakuje osobom wspinającym się tylko na dużych ścianach i tylko na jednej odmianie skały. Doskonalenie i zabawa: dla mnie to wystarczający powód długiej podroży, choćby dla kilku kamyków. A w miejscach tak pięknych i egzotycznych jak Tafraout „górska przygodę” zastępuje bogata miejscowa kultura. I wcale nie brakuje nam wrażeń...
W końcu każda podróż dobiega końca. Pakujemy plecaki. Pora zapłacić za pokój. Przemiły Hassan wyszedł dziś na targ. Pasterze z, okolicznych dolin zjechali do miasta, by sprzedać swoje kozy. Zbliża się święto „Ofiarowania Abrahama”, tego dnia każda rodzina wyznawców Proroka musi osobiście zarżnąć kozła. Zwyczaj nawiązuje do biblijnej opowieści... Każdy kupuje zwierzaka. Wraca Hassan. Rozliczamy się.
- Dzięki za rowery - rzucam na pożegnanie.
- Traktuj to jak upominek i podaruj mi coś w zamian.
- Chętnie, ale co?
- Masz taki długi nóż z drewnianym trzonkiem...
- A... ten z Ikei?
- Właśnie. Będę miał czym szlachtować kozę.

I tak w zamian za rowery i kilka dni sielankowego bulderingu zostawiłem Arabowi narzędzie zbrodni.

Dziękuję Sklepom Sportowym na Mariensztacie za sprzęt i pomoc w organizacji wyjazdu.


Rozmiar: 43 bajtów