








|
 |
MIĘDZY NAMI - informator kulturalny (kwiecień 2001)
Felieton o sportach ekstremalnych, fotografii górskiej i o wydźwięku pewnych słów... Tekst: Dawid Kaszlikowski
MASKI EKSTREMY
Jakieś 300 metrów nad ziemią instaluję linę do zjazdu. Stoję na skalnym występie w górach. Wychylam się za krawędź i już za chwilę zjeżdżam w pustkę. Bez żadnego kontaktu ze ścianą zawisam na 10 milimetrowej linie. Na szyi wiszą dwa aparaty. Dwa jasne obiektywy ciążą niemiłosiernie. Szeroki kąt do ujęć z bliska i luneta, którą fotografuje detale. Zespół wspinający się 50 m niżej wszedł już w strefę światła. Jeżeli chcę ich sfotografować muszę się pospieszyć. Z każdą minutą słonce świeci coraz mocniej. za chwilę będzie za jasno. Dla zrównoważenia kontrastów nakręcam filtr. Zaczyna się wyścig z czasem.
Faceci pode mną są już zmęczeni i podenerwowani. Długa ścian dała się im we znaki. Nie będą pozować do zdjęć. Przed nimi jeszcze najtrudniejszy odcinek ściany i nie ma czasu na sesje fotograficzne - tak mówią.
Trudno muszę sobie radzić sam. Nie po to wspiąłem się tu z moim partnerem by teraz zrezygnować ze zdjęć. Bujam się w kierunku ściany. Przypinam dodatkowe liny stabilizujące i wciskam spust po raz pierwszy. Prowadzący właśnie wchodzi w wywieszoną rysę, rodzaj pęknięcia w skale po którym można się poruszać klinując dłonie w szczelinie. Cyk.Super kadr. Wspinacz powoli przesuwa się do góry.
Aż do miejsca gdzie szczelina zwęża się do rozmiarów małego palca, tutaj staje na dłużej Najwyraźniej nie może sobie poradzić. Zaklinowane palce powoli zaczynają krwawić. Cyk. Super zbliżenie - twarz wspinacza powykręcana z wysiłku. Widzę tylko fragmenty całej akcji. Teraz moim głównym zmartwieniem jest szybka wymiana filmu. Kładę aparat na kolanach. Już nie jest przypięty. Pętla asekurująca przeszkadzała w kadrowaniu więc ja odczepiłem. Szybko wyciągam nowy film z kasetki.
Tymczasem na ścianie...Zrobił to miejsce. Nie spadł. Podszedł już za blisko. Teraz muszę jeszcze zmienić obiektyw. Odkręcam lunetę, ściskam ją nogami i przykręcam krótszy zoom. Nic nie może wypaść. Naświetlony film jest teraz bezcenny, obiektyw kosztuje kilka tysięcy. Aparaty... teraz nie można o tym myśleć, tu nie ma miejsca na zbytnią ostrożność. Trwa wyścig. Ze wspinającym, ze słońcem, z samym sobą.
Poszukuję ciekawych, żywych ujęć. Aby je osiągnąć kręcę się w swojej uprzęży na wszystkie strony. Oczekując spektakularnego ruchu ze strony wspinacza, czasem na kilka sekund zamieram w bezruchu.
Wiszę w poziomie lub głową w dół. Naprężone do granic mięśnie zaczynają drżeć wtedy zmieniam pozycję. Tylko na sekundę bo, zbliżający się do mnie wspinacz zaczął kolejny trudny kawałek.
Sprawa nie wygląda wesoło. Chyba będę świadkiem widowiskowego lotu. Ostatni punkt asekuracyjny, do którego wpiął linę został dobrych kilka metrów niżej. Lot będzie co najmniej dwa razy dłuższy niż ta odległość. Ustawiam ostrość. Cyk... i mam. To zdjęcie zostanie nazwane fotografią EKSTREMALNĄ.
Niby racja. To wszystko wyglądało dosyć groźnie, warunki fotografowania też nie przypominały studyjnej sielanki. Skoro tak to dlaczego wszyscy uczestnicy tej sytuacji słysząc określenie - ekstremalny dziwnie się uśmiechają?
Uśmiechem zagadkowym ni to ironicznym, ni pobłażliwym.
Czasem wszechwiedzącym, lekceważącym albo znudzonym. Wykrzywiają twarze na sto sposobów. Bo każdy inaczej rozumie ową ekstremę.
Słowo używane zbyt często, bez powodu, dla wielu z nas zatraciło swój kategoryczny wydźwięk. Ekstrema nie oznacza już absolutnej granicy możliwości, wytrzymałości, lęku, niewiele ma wspólnego z cienką lini pomiędzy życiem i śmiercią. Najczęściej jest to po prostu chwytliwy slogan reklamowy. Ładny i niewiarygodny tytulik, na który powoli przestajemy zwracać uwagę.
SPORTY PRZEMIANOWANE
Wszystko zaczęło się od tzw. sportów przestrzeni. Zapotrzebowanie mediów i nowe technologie zapoczątkowały boom parolotniarstwa, wspinaczki skałkowej, base jumpingu, bungee jumpingu, canyoningu, raftingu, surfingu, snowboardu czy skateboardu. Te wszystkie, mniej lub więcej, nowe formy aktywności miały kilka cech wspólnych. Były bardziej free stylowe od poprzedzających je, starych zabaw takich jak spadochroniarstwo, narciarstwo alpejskie czy spływy kajakowe.
Stawiały na wolność i brak reguł. Każdy z nich mógł być w jakiś sposób niebezpieczny dla życia także w swej amatorskiej odmianie. Na początku nie były to nawet prawdziwe sporty w tym sensie, że nie rozgrywano w tych konkurencjach zawodów. Były po prostu fantazyjną rozrywką dla marzycieli. Z czasem ta sytuacja zaczęła się zmieniać.
Daleko posunięta specjalizacja, walka o sponsorów, zawody... Do free stylowego świata wkradł się pieniądz. Sporty przestrzeni powoli stawały się ekstremalne. Przybywało ekstremalistów na reklamach. Pozerzy i prawdziwi pasjonaci przestrzeni - już wkrótce zostali zręcznie wymieszani w medialnym tyglu. Teraz już wszyscy mogli się pochwalić, że uprawiają sporty ekstremalne.
ŚMIETNIK MEDIALNY
Rok 2001. Przewracający się co kilka metrów snowboarder jest ekstremalistą. W przeciwieństwie do Adama Małysza, latającego po 200 metrów, który uprawia stare mało ekstremalne skoki ze skoczni. Te ostatnie po prostu nie wywodzą się w prostej linii od sportów przestrzeni, choć z powietrzem maja więcej wspólnego niż większość wcześniej wymienionych zabaw.
Czytaj dalej. Jak bardzo limesowy jest bungee jumping w porównaniu do base jumpingu. Oba zostały wrzucone do jednego worka z napisem: no.. wiecie jakim. W bungee nawet najbardziej przerażony skoczek musi po prostu wyskoczyć na główkę czekając aż sprężysta lina przywiązana do jego stóp powoli zatrzyma upadek. Nie musi nic robić, a jeśli chce może nawet zamknąć oczy. Gwarantuję Wam, że dla base jumpera, bungee to nudna miejska rozrywka. On sam skacze ze skał czy budynków z jednym (żadnego zapasu) małym spadochronem, który zamierza otworzyć kilkadziesiąt metrów nad ziemią. W tym sporcie wymagana jest totalna przytomność umysłu. Jedna sekunda decyduje o życiu lub. .. W odniesieniu do skoków BASE - słowo ekstremalny wydaje się jak najbardziej na miejscu.
Ale co ma sobie pomyśleć, marketingowiec, potencjalny sponsor ex przedsięwzięć, który każdego dnia zasypywany jest stertą ofert współpracy od wszelkiej maści ekstremalistów... Jak ma, biedny, rozróżnić, które z zachwalanych wypraw są naprawdę ex, a które bardziej przypominają wczasy.
Czy trawers zamarzniętych jezior mazurskich jest większym osiągnięciem niż rowerowy rajd przez Jurę Krakowsko-Częstochowską? Nie mam na to odpowiedzi. Czy moja wyprawa na niezdobyte turnie w Afryce jest bardziej warta wsparcia niż wejście na najwyższy szczyt Maroka (także w Afryce). To już wiem. Ale skąd ma to wiedzieć trzymający kasę sponsor skoro na wszystkich folderach jest napisane naj, ex,best....
MASKA PRAWDZIWEGO..
W obliczu takiego wyświechtania słów, dawniej mocnych, kategorycznych, nie dziwi ambiwalentna reakcja prawdziwego ekstremalisty, który sam nie wie czy ma się śmiać czy płakać słysząc to określenie. Sprawa ma jeszcze jeden aspekt (co najmniej). Działamy na różnych poziomach zaawansowania. Różnice miedzy sportem uprawianym rekreacyjnie i wyczynowo, są trudne do ogarnięcia. To co dla jednych jest ekstremą, profesjonaliście może wydawać się niewartym wspominania.
Ja sam obracam się głównie w kręgu alpinistów i wspinaczy sportowych.
Po latach doświadczeń już wiem, że dla specjalisty przejście ściany wyglądającej na absolutną gładź to czasem fraszka. Taki ekstremalista komentując swój wyczyn jako luzik czy banał, niekoniecznie epatuje nas fałszywa skromnością lub ma poprzewracane w głowie. Bo nie ma jednej rzeczywistości. A każdy z nas, także on, ma swoją własną prawdę.
Di end
P.S.
Dla mnie sesja fotograficzna wysoko na górskiej ścianie jest codziennością. Więc tak naprawdę nie wydaje mi się ekstremalna. Koledzy, których fotografuję, są przyzwyczajeni do spadania ze skał. Oni także nie myślą o sobie w tych kategoriach.
Lecz cóż, żyjemy w okowach języka. Nazywajcie nas więc jak chcecie lub wymyślcie jakieś nowe, nie zepsute słowa.
Koniec
|
 |