o autorze
nasze referencje
portfolio
galerie
artykuły
niusy
imprezy
partnerzy
kontakt
powrót

(National Geographic, 09.2003)
o pierwszej polskiej wyprawie alpinistów
do północnego Wietnamu, wersja autorska
(przygoda + eksploracja)
tekst i zdjęcia David Kaszlikowski

WSPIĄĆ SIĘ NA ZĘBY SMOKA

3000 turni pnie się prosto z morza na wysokość 200 metrów. Polscy alpiniści na statku przemierzają Zatokę Ha-Long. Chcą zdobyć najpiękniejsze morskie ściany.

"Dostać się do środka możesz tylko podczas odpływu, wtedy woda odsłoni malutki tunel, który prowadzi do środka wyspy. Padnij na kolana i wejdź...".
Ten fragment maila od amerykańskiego eksploratora Paula Piany zabrzmiał niemal jak zaklęcie. Zbierałem właśnie informacje planując alpinistyczną eskapadę do północnego Wietnamu. Na moim biurku pojawiła się korespondencja od wielu znanych podróżników.
Piana był uczestnikiem amerykańskiej wyprawy do Zatoki Ha-Long. Do dzisiaj miejsce to eksplorowało zaledwie kilka wspinaczkowych zespołów. Polacy, jak dotąd, się nie pojawili. To pozwoliło mi wierzyć, że nasza wyprawa znajdzie ciekawe i dziewicze ściany - idealnie nadające się do wspinaczki - i, że będziemy mogli tam wytyczyć nowe drogi.
Ale jak to, wspinanie na morzu?
Ha-long to szczególne miejsce objęte patronatem UNESCO jako rejon światowego dziedzictwa przyrodniczego. Na przestrzeni kilkuset kilometrów, prosto z morza, wyrasta tu 3000 skalnych turni i wysepek. Niektóre z nich mają nawet po 200 metrów wysokości. Wapienne skały kryją w sobie setki jaskiń i ukrytych korytarzy. Podczas odpływu odsłaniają się tunele prowadzące do środka wysp - do pulsujących życiem tropikalnych lagun. Większość z nich jest ukryta przed wzrokiem ciekawskich i tylko czeka na odkrycie. Czasem wyspy wyglądają jak otoczone skalnym murem fortece. Na pierwszy rzut oka są nie do zdobycia. Właśnie takie cele rozpalają wyobraźnię alpinisty. Idealnie pionowe ,pozornie gładkie ściany, wprost zapraszają do wspinaczki.
Ha- Long znaczy dokładnie "miejsce gdzie smoki schodzą do morza". Legenda wyjaśnia pochodzenie skalnych wysp opowiadając o smokach, które w starożytności pojawiły się broniąc miejscowej ludności przed piratami. Ich łuski, plecy, ogony zmieniły się w kamienne wyspy.

Na początku tego roku zakończyłem zbieranie materiałów i skompletowałem niezbędny sprzęt. Ostatecznie wyklarował się też skład ekipy. Przemek Klimek, Eliza Kubarska doświadczeni wspinacze i moi towarzysze z poprzednich wypraw oraz Ewa Frątczak, Kuba Kubiak i ja mieliśmy wylecieć z Polski. Z Kanady miał dolecieć Przemek "Shamick" Byszewski, jeden z najbardziej doświadczonych eksploratorów morskich rejonów w Azji. Przemek wiedzie życie współczesnego nomada. Podróżuje po świecie szukając ciekawych ścian i rejonów. Na przemian żyje w swoim Vanie, śpi w bambusowych bungalowach lub podwieszonym na pniu palmy hamaku. Ostatnie 9 lat spędził podróżując po południowej Tajlandii gdzie zdobywał dziewicze ściany, walczył o pożywienie ze stadami małp, przedzierał się przez dżunglę. Jeżeli chodzi o wspinaczki na morskich klifach jest niekwestionowanym ekspertem. Kiedy kilka lat temu spotkaliśmy się w tropikalnej Tajlandii fotografowałem go na upstrzonej stalaktytami ścianie. Teraz razem wyruszyliśmy na Morze Południowo-Chińskie.

Nikt z nas nie przypuszczał jak bardzo ta podróż będzie się różnić od naszych poprzednich morskich, słonecznych wypraw. Mieliśmy spędzić na łodziach kilkanaście dni oderwani od świata, wojny w Iraku, i śmiertelnego wirusowego zapalenia płuc (SARS), które w tym samym czasie rozwijało się w południowych prowincjach Chin i nieodległym (160 km) Hanoi- stolicy Wietnamu. Wynajętym samochodem skierowaliśmy się prosto do portu Ha-Long . Mijając po drodze sławne pola ryżowe poznawaliśmy wietnamskie zasady ruchu drogowego. Zasady, których nie ma. Kierowcy używają klaksonów podobnie jak pedałów i kierownicy, czyli bez przerwy. Trąbią na każdy zbliżający się pojazd, prawie nikt nie zatrzymuje się na czerwonym świetle.

Na Cat Ba- największej wyspie zatoki - wynajmujemy statek. Po długich targach młody właściciel łodzi Dong i jego starszy pomocnik Dzuong kupują kilka beczek wody pitnej, ropę, i duży zapas ryżu. Poza owocami morza, ma to być główny składnik naszych posiłków. "Przez najbliższe 10 dni nie zawijamy do żadnego portu, płyniesz tam gdzie pokażemy"- postawiłem sprawę jasno, dając do zrozumienia, że nie interesują nas hotele ani turystyczne atrakcje. Szukamy nietkniętych ścian. Ale jak wybrać, jak odnaleźć jedną, dwie turnie skoro wokół stoją ich tysiące?

We mgle i deszczu nasz rekonesans staje się poważnym przedsięwzięciem.
Płyniemy w trudnym orientacyjnie labiryncie wysepek, a pogoda dodatkowo uprzykrza nam życie. Bywają dni, że - jak potępieńcy, zagubieni na morzu - całymi godzinami wypatrujemy poszukiwanej skały. Na dziobie statku stoimy "przyklejeni" do rzeźbionego smoka. Razem z nim, na zmianę, wypatrujemy schowanych pod powierzchnią wody skał czy wystających zbyt wysoko raf koralowych. Jeżeli płyniemy nocą Dong oświetla drogę latarką. Rozumiem jego obawy. Zatopienie statku byłoby dla niego utratą jedynego źródła utrzymania i domu. Pewnego dnia Wietnamczycy podnoszą "bunt".
- Nie płynę dalej , ja już od wczoraj nie wiem gdzie jesteśmy - słowa naszego kapitana wzbudziły konsternację.
- Poza tym mogą nas tu napaść bandyci z chińskiej mafii. Wracajmy.
Nie daję za wygraną, szczątkowa mapka, którą się posługujemy, podpowiada, że jesteśmy bardzo blisko interesującej ściany. Dong stracił orientację, bo ani nie umie czytać map, ani tym bardziej używać GPS czy kompasu. W końcu zza mgieł pojawia się poszukiwana turnia. Znaleźliśmy ją dzięki niekończącym się pomiarom, w jakich przodowali Kuba i Shamick.

Dzień po dniu uczymy się życia na morzu. Nocą cumujemy w zacisznych zatoczkach schowani gdzieś za skałami. Kapitan chce być niewidzialny. Ciągle boi się piratów. Opowiada, że w okolicach przepływają statki przemytników, którzy chętnie ograbiliby zachodnich turystów. Faktycznie, granica chińska jest bardzo blisko... Zanim jednak zgasimy ostatnią świecę i znikniemy w ciemnościach na dobre oddajemy się codziennym rytuałom.
Na przodzie statku stoi wielka beczka z wodą, tam właśnie się kąpiemy. Szykujemy sprzęt do wspinaczki na następny dzień, liczymy karabinki zwijamy liny. Trwają narady. Cele zostały już wybrane teraz trzeba tylko dokupić żywność i możemy rozpocząć eksplorację
Wieczorami gramy razem w karty, Dong i Dzuong uczą się grać po polsku, jest przy tym mnóstwo śmiechu. Coraz lepiej poznajemy naszych wietnamskich towarzyszy. Starszy Dzuong okazuje się bardzo interesującym kompanem - pomimo że nie zna ani słowa po angielsku. Szybko poznaje zasady działania GPS, jest nim zachwycony. Wkrótce będzie prowadził statek już tylko przy pomocy tego urządzenia.
Pewnego wieczoru staruszek z troską patrzy na ręce Shamicka ; połamane dawno temu nadgarstki (upadek ze ściany; przecięta lina) wyglądają jakby do dziś się nie zrosły. Za chwilę dowiadujemy się, że mamy na pokładzie masażystę. Dzuong, człowiek z twarzą pooraną bliznami (czy to ospa czy napalm?) staje się naszym przyjacielem.
Zapada noc. W rozbitych na dachu namiotach chowamy się przed szalejącymi na pokładzie szczurami. Gdzieś na horyzoncie migoczą światełka łodzi rybackich. Nocni poławiacze to kłusownicy używający nielegalnych metod. Polują przy pomocy wielkich reflektorów i dynamitu. Jeśli ich widać to znaczy, że poprawiła się pogoda.
W pływającej wiosce uzupełniamy zapasy. Mieszkańcy zatoki całymi rodzinami żyją na tratwach i w domkach unoszących się na wodzie. Jest tu nawet szkoła, a "sklep" podpływa do nas sam. Na śniadanie kupujemy wielkie krewetki.
Duży statek nie może dowieźć nas bezpośrednio pod ścianę. Używamy do tego małej łódeczki wyplecionej z cienkiej bambusowej trzciny. Cały czas trzeba wybierać z niej wodę. Zaczynamy wspinaczkę. Skała na dole jest bardzo ostra i "obrośnięta" małżami. Trzeba przejść przez nie bardzo ostrożnie. Razem z Shamickiem pniemy się coraz wyżej. Holujemy sprzęt na wypatrzone wyżej półki skalne. Stamtąd będziemy mogli rozpocząć eksplorację "naszej ściany". Wypatrzyliśmy miejsce na kilka nowych dróg. Przez najbliższe dni będziemy przygotowywać ścianę dla naszych następców, przyszłych podróżujących wspinaczy. Trzeba oczyścić skałę z luźnych kamieni i zainstalować specjalne punkty asekuracyjne, do których potem - za pośrednictwem karabinków- można będzie wpinać linę. Podczas gdy Przemek i Eliza wspinają się po swoich nowych drogach, ja finalizuję prace na "mojej" ścianie. Bujam się na długiej linie i próbuję wymyślić metodę na przejście trudnego odcinka. Jak dotąd z niego spadałem, ale wyprawa jest już bliska końca, więc dziś mam ostatnią szansę by przejść drogę w dobrym stylu. Po maleńkich występach pnę się do góry. Mijam dziuple skalne, w jednej z nich znajduje skórę węża, w innej ptasie gniazda. Wspinaczka jest wyczerpująca, a maleńkie skalne krawędzie niemiłosiernie wcinają się w palce. W końcu szczyt. Sto metrów nad poziomem wody. Z najwyższej turni- przez walkie talkie - dzielę się wrażeniami z ekipą na łodzi. Maleńki stateczek pod moimi stopami to "baza", na której spędziliśmy ostatnie tygodnie. Z tej wysokości z trudem go poznaję. Wapienne ściany przede mną ciągną się aż po horyzont.

Koniec

Rozmiar: 43 bajtów