








|
 |
PLAYBOY, październik 2000
Pełna wersja tekstu o nowoczesnym alpinizmie, przygotowanego na podstawie wywiadu ze Stefanem Glowaczem, znanym niemieckim alpinistą.
NIE JEST BEZPIECZNIE
PRAWDZIWA PRZYGODA ZACZYNA SIĘ GDY NIKT NIE WIE CZY JESZCZE ŻYJESZ
Turnia Renard to 800-metrowa granitowa ściana gdzieś na obrzeżach mroźnej Antarktydy. Pozostawała niezdobyta do ubiegłego roku, gdy na jej szczycie stanęli niemieccy alpiniści. Doskonale przygotowany zespół składał się z mistrzów wspinaczki. Wśród nich był wielokrotny zwycięzca zawodów Stefan Glowacz, jeden z najlepszych wspinaczy skalnych, który w ostatnich latach wsławił się skrajnie trudnymi przejściami w górach. Drugą sławą niemieckiej ekipy jest Kurt Albert, który mimo kilkudziesięcioletniego stażu w tym sporcie wciąż utrzymuje się na topie. Albert był prekursorem nowoczesnej wspinaczki klasycznej. Najbardziej cenionej odmiany alpinizmu, która zakłada, że człowiek ma pokonać ścianę o własnych siłach. Nie może czynnie pomagać sobie sprzętem, podciągać się na hakach czy linach. Wszelkie akcesoria mogą być używane jedynie do asekuracji.
Hołdując takiemu stylowi wspinaczki Albert i Glowacz rozpoczęli wejście na chłostaną wiatrem turnię. Temperatura nieco powyżej pięciu stopni umożliwiała wchodzenie po stromej ścianie bez używania rękawic. Gołymi rękami Stefan wynajdował szczeliny i wąskie krawędzie po których mógł się piąć. Co jakiś czas wpinał swoją linę do wbitych własnoręcznie haków. W razie upadku układ asekuracyjny miał być jego jedynym ratunkiem. A w dziewiczej ścianie o upadek nie trudno. Alpiniści dopiero wytyczają drogę, która już nigdy nie będzie, tak samo zagadkowa dla ich następców. Inne zespoły będą mogły skorzystać z licznych schematów i wskazówek pionierów. Tymczasem niemiecki zespół wisząc setki metrów nad ziemią musiał znaleźć drogę do góry unikając wspinaczki po kruchej skale, która z łatwością mogła się zamienić w kamienną lawinę. Na szczęście skała na Turni Renard jest bardzo twarda i spadające kamienie nie były największym problemem. Zespół martwił się raczej o masy śniegu, które gromadziły się na szczycie i w każdej chwili mogły runąć w dół zmiatając alpinistów. A jednak się udało. Po kilku dniach nieprzerwanej wspinaczki stanęli na szczycie. Nie zakładali obozów u stóp ściany. Nie tracili czasu na wielodniowe oczekiwanie na pogodę. Przeciwnie, zdobyli ścianę w stylu jaki przez ostatnie dwadzieścia lat stał się wizytówką najlepszych...
STYL ALPEJSKI
Największe himalajskie szczyty zdobyto w stylu oblężniczym. Wielkie wyprawy, często dotowane przez państwo, wyruszały do stóp upatrzonej góry.
Na podobieństwo operacji wojskowych, kierownicy wypraw prowadzili górską akcję z bazy. Szczególnie w Himalajach zdobywanie góry opierało się na pośrednich obozach jakie rozbijano coraz wyżej na zboczach góry. Obozy były zaopatrzone w tlen i prowiant, co miało ułatwić ostateczny atak na szczyt. Jeżeli pogoda była wyjątkowo zła alpiniści siedzieli w bazie czekając na przejaśnienie. W ten sposób oblężenie góry mogło trwać nawet kilka miesięcy. Grupa właściwie obcych ludzi siedziała w niesprzyjających warunkach, a decyzje kierownika nie zawsze zgadzały się z koncepcjami wspinaczy. Taka sytuacja nie sprzyjała przyjacielskim kontaktom między alpinistami. I choć burzy to heroiczny stereotyp bohaterskiego zdobywcy, trzeba przyznać, że niektóre wyprawy stały się zarzewiem wielkich kłótni, ciągnących się jeszcze długo po powrocie do kraju.
Wielkie wyprawy nie były najbardziej eleganckim sposobem na zdobywanie gór, choć trzeba przyznać, że część oblężeń kończyła się sukcesem.
Po złych doświadczeniach wielkich wypraw, w głowach najbardziej śmiałych wspinaczy zrodził się plan zdobywania gór wysokich w mniejszych, szybkich zespołach. Bez zakładania obozów pośrednich, bez pomocy z dołu.
Cały ekwipunek potrzebny do przeżycia i wspinaczki alpinista miał nieść na własnych plecach. I to był styl alpejski, od lat stosowany w Alpach i mniejszych górach, ale nie w Himalajach...
W roku 1985 pod zachodnią ścianą Gasherbruma IV stanął polsko-austriacki zespół, Wojciech Kurtyka i Robert Schauer. Ten himalajski szczyt mierzący 7924m n.p.m. od lat był jednym z największych alpinistycznych wyzwań, oparł się już pięciu silnym zespołom, dla wielu weteranów himalaizmu był ostatnim wielkim problemem. Kurtyka z towarzyszem weszli na ogromną ścianę z plecakami wyładowanymi ekwipunkiem na pięć dni wspinaczki. Warunki były bardzo złe, pyłowe lawinki spadały na wspinaczy jedna za drugą. Gdzieś na wysokości 7100 metrów rozwiązali liny i kontynuowali wejście bez asekuracji. Gdy znaleźli się na grani szczytowej zostali uwięzieni przez burzę na dwie noce w zaimprowizowanym biwaku. Kiedy pogoda w końcu się poprawiła zapasy wody i jedzenia były na wykończeniu. U obu wspinaczy rozpoczęły się halucynacje, krańcowo wyczerpani rozpoczęli epickie zejście. Wspięli się całą wymarzoną ścianą, ale szczytu nie osiągnęli. Zejście zajęło im trzy dni bez jedzenia i wody.
Prestiżowy amerykański magazyn Climbing uznał to przejście za jedna z największych himalajskich osiągnięć ostatniego stulecia. Alpinistyczne autorytety zgadzają się, że wejście zachodnią ścianą Gasherbruma IV pokazało, że szybkie wspinaczki na wielkie ściany są możliwe. Sam Kurtyka jest uważany za jednego z prekursorów alpejskiego stylu, który wyznaczył kierunek rozwoju alpinizmu u progu 21 wieku.
W TĘ I Z POWROTEM CZYLI JAK DOTRZEĆ POD ŚCIANĘ
Antarktyda oszczędziła Niemcom długiej wędrówki pod ścianę. Ich cel stał kilkaset metrów od lodowato zimnego morza. Podpłynęli pod ścianę łodzią.
Brzmi to dosyć niewinnie, ale niewiele mówi o tym co tak naprawdę stało się w drodze pod ścianę Renard. Na 12-metrowy jacht zespół wsiadł na krańcach Ameryki Południowej w Ushuaia. Czekała ich 10 dniowa podróż. Płynęli przez 3500 kilometrów, nękani przez ciągłe sztormy i trawieni chorobą morską.
Fotograf wyprawy zrobił serię zdjęć ukazującą bohaterów wyprawy. Z każdym dniem owej morskiej podróży alpiniści są na nich bledsi i coraz bardziej wymizerowani. Nic dziwnego żaden z nich nie jest wytrawnym żeglarzem. Gdy pytałem Glowacza o żeglarskie umiejętności szczerze wyznał: Od początku wiedzieliśmy, że jest rzeczą niemożliwą by wystarczająco przygotować się na przepłynięcie cieśniny Drake'a, więc podczas rejsu wykonywaliśmy tylko polecenia naszego szypra. Pracowaliśmy i cierpieliśmy.
Gdy wycieńczony zespół zobaczył w końcu swoją górę było jasne, że podejście pod ścianę choć krótkie, nie będzie łatwe. Cały, ważący kilkaset kilo ekwipunek należało teraz przetransportować na wpadające wprost do morza śnieżne pole. Użyli pontonów bo jacht nie mógł podpłynąć do samego brzegu. Wciąż obsuwające się zwały śniegu nie dawały pewnego oparcia i część sprzętu wylądowała w wodzie. Mokre rzeczy na zimnej Antarktydzie i przed wejściem na wielką ścianę nie wróżyły dobrze. Czekało ich suszenie sprzętu w huraganowym wietrze. Cała operacja wyładunku musiała być jednak przeprowadzona z wielką ostrożnością. Gdy już wszyscy alpiniści stanęli pod ścianą, jacht odpłynął. Zostali sami. Odcięci od świata bez telefonów komórkowych, nawet bez kontaktu z łodzią.
BY FAIR MEANS
Postęp cywilizacyjny i rozwój technologii przeniknęły do wszystkich dziedzin sportu także alpinizmu. Wszelkiej maści eksplorerzy dostali do rąk narzędzia, które ułatwiają poruszanie w dzikich zakątkach ziemi, także w górach. Helikoptery, transportujące wspinaczy w miejsca gdzie dawniej trzeba było wędrować nawet dwa tygodnie, dziś lądują nawet na zboczach Everestu. Telefony satelitarne, a także GPS (satelitarny system ustalania pozycji) sprawiły, że używający ich podróżnik nigdy nie będzie zgubiony. Nawet w najbardziej krytycznej sytuacji będzie mógł liczyć na pomoc z zewnątrz. Nowoczesne technologie znacznie zwiększyły margines bezpieczeństwa i przywiodły tłumy do miejsc, które jeszcze dwadzieścia lat temu dochodzili tylko pierwsi zdobywcy.
Jednocześnie coś zostało utracone, w himalajskich obozach niewiele pozostało z ducha pionierskiej eksploracji. Okolice najwyższego szczytu Ziemi są dziś oblegane przez wyprawy komercyjne. Za kilka tysięcy dolarów każdy może mieć swoją szansę zdobycia Everestu. Bywają dni w których na zboczach góry wspina się aż sześćdziesiąt osób. Choć wydaje się, że rozwój alpinizmu komercyjnego wspieranego technologicznymi nowinkami jest nieunikniony to w środowisku zapalonych alpinistów jest on coraz mniej ceniony.Prawdziwa przygoda zaczyna się dopiero wtedy gdy od wielu dni nikt nie wie czy jeszcze żyjesz, twierdzi - trochę na wyrost- Reinhold Messner, jeden z największych himalaistów ostatniego wieku.
W opozycji do pseudoeksploracji stoją wyprawy by fair means. Sposobem realizacji przypominają przedsięwzięcia z początku wieku. Niewiele tu techniki, za to wielkie zaangażowanie uczestników. Ich bezkompromisowa filozofia jest prosta: Aby zdobyć górę najpierw trzeba pod nią dojść. Dojść -nie dolecieć. Stefan Glowacz i Kurt Albert organizują takie wyprawy już od wielu lat. W 1995 wyjechali do Kanady by zdobyć dziewiczą ścianę Harrisson Smith.
To także była ekspedycja by fair means. Cały ekwipunek nieśliśmy ze sobą, większość dystansu przepłynęliśmy kanoe. Aby osiągnąć ścianę przebyliśmy 300 km, powrót był jeszcze dłuższy. Od cywilizacji dzieliło nas 450km. Czasami musieliśmy ciągnąć łodzie po ziemi i to było najgorsze. Nasze racje żywnościowe wyliczyliśmy na 25 dni, ale wyprawa trwała aż 30 dni. Gdy okazało się, że jedzenia nie starczy drastycznie zmniejszyliśmy nasze racje żywnościowe i głodowaliśmy. tak wspomina kanadyjską wyprawę Stefan Glowacz.
Przez większą część drogi wspinacze musieli wędrować z głowami zakrytymi siatkami. W ten sposób chronili się przed wszędobylskimi moskitami. W drodze powrotnej, już po zdobyciu upatrzonej ściany zaczęły się problemy z kajakami. Jedyny szlak wodny zaczął zamarzać cienkim lodem.
Zbyt cienkim by po nim iść, ale powoli zamykającym małe łódki w swoich okowach. Jedyna droga powrotu do cywilizacji zamykała się z godziny na godzinę. Głodująca ekipa musiała podjąć decyzję. Zostajemy na lądzie czekając na odwilż czy ryzykujemy zgniecenie łodzi przez lód i płyniemy. Na szczęście... przepłynęli. W następnych dniach lód ściął okoliczne rozlewiska aż do następnej wiosny.
Jaki jest sens udziału w tak niebezpiecznych ekspedycjach?
Odpowiada Stefan Glowacz: Dla mnie jest to realizacja marzenia by być kimś takim jak pierwsi zdobywcy, jak Amundsen, Sheckelton i Nansen.
Jest to także ostatnia okazja by znaleźć się w miejscach gdzie jeszcze nikt nie stanął. By wspiąć się na ścianę wymyśloną przez siebie trasą, a nie szlakiem narzuconym przez przewodniki. Niewiele pozostało takich miejsc, przynajmniej w górach najwyższych i we wszystkich modnych rejonach ostatnich lat.
Tymczasem awangarda alpinizmu znalazła dla siebie nowe cele. Kanadyjska wyprawa Niemców działała w rejonie którego nie opisano na żadnej dokładnej mapie. Dysponowali jedynie mapką sporządzoną na podstawie zdjęć lotniczych z wysokości 10 tys metrów. Takie mapy nie mówią nic o wielkości ściany. Niemcy zaplanowali swoją podróż korzystając z wiedzy innych podróżników. Zgodnie z ich zapowiedziami w okolicy natknęli się na wiele blisko tysiącmetrowych ścian. Żadna nie została jeszcze zdobyta.
Ściana jest obecnie fetyszem alpinizmu. W sytuacji gdy większość szczytów została już zdobyta najlepsi koncentrują się na wspinaczkach wielkościanowych.
Realizują dziś skalno-lodowe wejścia pokonując zerwy nawet dwukilometrowej wysokości. Najwspanialsze granitowe iglice świata stoją na Antarktydzie, Grenlandii, na Alasce i w Patagonii...
Każdy alpinista może podjąć próbę wspinaczki na wielką, dziewiczą ścianę. Dla środowiska ważny jest jednak styl wejścia. Co roku we Francji przyznawana jest prestiżowa nagroda Piolet D'Or, dla uczestników najbardziej niesamowitego alpejskiego (styl) przejścia. W ubiegłym roku dostali ją Francuzi, Lionel Daudet i Sebastian Foissac za wspinaczkę południową ścianą Burkett Needle na Alasce. Wisieli na ścianie 25 dni. Zdobywali ją w niekończącej się burzy śnieżnej. Któregoś dnia zwały śniegu niemal żywcem zagrzebały biwakujących. W sumie spędzili 41 dni w rzadko odwiedzanym przez ludzi rejonie. Działali sami. Większość alaskańskich wypraw jest wspomagana przez helikoptery. Tymczasem Francuzi nie mieli nawet radia.
POWRÓT
Niemiecka ekipa na Antarktydzie radio miała ale na niewiele się zdało.
Po zdobyciu ściany zjechali na to samo pole śnieżne z którego wcześniej startowali. Śniegu przybyło jeszcze więcej i zachodziła obawa, że wkrótce całe zbocze zamieni się w lawinę. Że cały zespół spadnie wraz z nią prosto do morza. Tymczasem stracili kontakt z jachtem. Na czas trwania akcji musiał odpłynąć by zacumować w bezpiecznej zatoce o trzy godziny drogi dalej. Na linii fal radiowych stanęły potężne góry, więc nie mogli się porozumieć. A śniegu przybywało... We wcześniejszych rozmowach z kapitanem alpiniści wskazali domyślny dzień ukończenia wspinaczki. Teraz zastanawiali się czy zdąży przypłynąć...
Ryzykowne? Oczywiście. Niektórzy powiedzą nawet, że sami tego chcieli.
Jednak w przeciwieństwie do nieodpowiedzialnych szaleńców ekstremalni alpiniści zawsze są przygotowani na niepomyślny scenariusz.
Zdają sobie sprawę, że któregoś dnia mogą z gór nie powrócić. Przygody związane ze wspinaniem są jednak tak pięknym przeżyciem, że w końcu każdy snuje plany kolejnej podróży. I nie są to marzenia o wypoczynku na plaży.
P.S.
W sierpniu tego roku niemiecki zespół wyrusza na Ziemię Baffina.
Stefan Glowacz zapowiada; Zamierzamy wspiąć się na Fiord Gibbs. Jeżeli to będzie możliwe chcemy wspinać się klasycznie. Aby dostać się pod fjord będziemy musieli użyć kajaków. Cały sprzęt i jedzenie każdy z nas będzie niósł sam. Spodziewamy się spotkań z polarnymi niedźwiedziami.
|
 |