JAK STRZAŁA...
Skok z wysokiej ściany to dla nich fraszka.
Latają by wbić się pięć metrów pod wodę.
Poznałem Paula podczas letnich wakacji we Francji. Razem z grupą najbliższych kumpli skakał ze skał prosto do zielonej wody jeziora Saint-Croix.
Ten ubogi potomek marokańskich imigrantów na takiej zabawie spędza całe wakacje. Reguły tej zabawy są proste, najlepszy jest ten kto wykona najbardziej szalony skok. Kto skoczy z najwyższej skały.
Co w tym szczególnego? Przecież niemal każdy z nas ma za sobą skoki do wody.
Skakaliśmy ze słupków na basenie, z drewnianych pomostów na Mazurach, z drzew, najbardziej śmiali pluskali do wody do stawów w opuszczonych kamieniołomach. Skakaliśmy na nogi i na główkę, tylko czasami sprawdzając czy zaraz pod wodą nie czai się jakiś kamień czy pręt.
Na gliniankach można się było natknąć na potłuczone butelki. Rzadko słuchaliśmy ostrzeżeń policji, że skakanie do nieznanej wody może się skończyć kalectwem a nawet utonięciem. Frajda jaką daje ta zabawa była silniejsza. Jeśli nudziło się leżenie plackiem na plaży trzeba było pływać lub skakać.
Ale nasze skoki, w porównaniu do wyczynów Paula, to była rekreacja.
Skok w wykonaniu marsylskiej dzieciarni stał się sportem ekstremalnym.
Bo z jakiej wysokości my skakaliśmy? Z dwóch, pięciu, dziesięciu metrów?
Nawet jeśli starczyłoby odwagi na więcej na ogół nie było miejsca gdzie możnaby ją przetestować.
Tymczasem Francuzi na moich oczach skakali nawet z trzydziestu metrów.
Stromymi wycięciami w ścianie wspinali się by pobić nowy rekord. Chłopaki skakali w butach na nogi.
Obuwie miało oszczędzić stopom bolesnego uderzenia w taflę wody. Poza butami ubierali tylko spodenki w przeciwieństwie do uprawiających canyoning którzy przy podobnych skokach do rwącej rzeki używają grubych pianek. Ferajna z Marsylii w wakacje skacze w wąwozie Verdon ze skał i pobliskiego mostu. Gdy trwa szkoła wyrywają się do sąsiadujących z Marsylią Calanques.
Klify te widziały już wiele. Rok wcześniej, zginął tam jeden z kumpli Paula lądując na podwodnej skale.
Dziś towarzystwo jest ostrożniejsze choć nie obywa się bez drobnego incydentu.
Jeden z Arabów skacze z dwudziestu metrów. Źle się wybija i już w powietrzu traci równowagę. Powinien wpaść do wody w pozycji pionowej, wcinając się w nią jak strzała tymczasem obraca go na bok. Spada w kierunku wody mocno przechylony. Uderza w nią i już za chwilę pokazuje nam czerwone pręgi na ciele. Ból jest nieznośny. Tego dnia nie będzie już skakał.
Utrata równowagi to główny problem w skokach do wody. Jeżeli przekręcisz się na bok, uderzenie w taflę wody przypomina nieco spotkanie z betonem. Natomiast nikt tu nie boi się spotkania z dnem. Jezioro Saint-Croix jest bardzo głębokie, a ściany opadającego do niego wąwozu idealnie pionowe. Lecąc do wody chłopcy muszą uważać na przepływające w dole kajaki i rowery wodne.
W weekendy jest tutaj spory tłok. I nie wystarczy odważyć się na skok, trzeba jeszcze wcelować w odstępy między łodziami. Miałem okazję przyjrzeć się płynącym łódkom z wysokości. Z dziesięciu metrów ostępy miedzy nimi prawie znikają. Gdy czekałem aż wszyscy przepłyną, robiąc mi trochę miejsca, Francuzi skakali z dwa razy większej wysokości. Pasjonowali się nowinkami dotyczącymi ich sportu. Nawet tymi najbardziej nieprawdopodobnymi.
- Wiesz podobno jakiś Meksykanin skoczył ze 100 metrów, pokazywali w telewizji, wyznał mi podekscytowany Paul.
- Telewizja kłamie, próbowałem ostudzić jego zapał.
Nie słuchał mnie zbyt długo i zaczął wspinaczkę, by wykonać skok dnia. Za moment spadał z wysokości dziesiątego piętra.
Ekipa z Marsylii to dzieci z ubogich, robotniczych rodzin. Zabawa w skoki jest dla nich jest dla nich alternatywą dla nielegalnych rozrywek miejskich. W dzielnicach z których pochodzą aż roi się od złodziei i wszelkiej maści przestępców. Być może w przyszłości podobny los spotka także tych chłopców, na razie jednak podniecają się skokiem z wysokiej skały.