o autorze
nasze referencje
portfolio
galerie
artykuły
niusy
imprezy
partnerzy
kontakt
powrót do indexu artykułów

Oryginalna wersja tekstu opublikowanego
w Playboyu (marzec 2000) pt. „Na Żywca”.

SMAKUJĄC STRACH

Strach, przerażający strach zagościł tego dnia wokół paryskiego Grande Arche de la Defense. Alain Robert postanowił rozprawić się ze swym, wieloletnim marzeniem, wspiąć się bez asekuracji na ponad stumetrową budowlę z marmuru.. Ten imponujący pomnik architektury jest jednym z ostatnich nie zdobytych przez Spidermana wysokościowców. Francuz wszedł już na wszystkie najwyższe wieżowce świata. Wśród nich niemal 500 metrowy Twin Tower w Kuala Lumpur w Malezji. Jest najlepszym solowym wspinaczem świata, a jego przygody wywołują ciarki na plecach innych doświadczonych alpinistów. Najbardziej brawurowych wyczynów Robert dokonał na naturalnej skale, w górach. Jednak kilka lat temu zafascynowały go szklano-aluminiowe fasady drapaczy chmur. Teraz kolej na śliski marmur...
Już od samego początku sprawy nie układają się najlepiej.. Duchota wisząca w powietrzu sprawia, że malutkie występy, na których zaczepia palce są bardzo śliskie. Dłonie pocą się i by przeciwdziałać poślizgowi alpinista musi zaciskać je mocniej na centymetrowej krawędzi, a to męczy. Delikatnie powiedziane - to wycieńcza. Wspinaczka jest skomplikowana. Jedyna droga do góry to wąska, pionowa szczelina ciągnąca się od ziemi, aż po sam dach. Jeżeli Alain chce do niego dojść będzie musiał pokonać najgorszą przeszkodę - parę metrów odwieszonego od pionu sufitu, wiszącego gdzieś na stu dwudziestu metrach. Wejście okazuje się jednak skrajnie trudne i już na wysokości 20 piętra „pająk”
czuje, że nie dojdzie. Zaczynają go łapać skurcze. Coś co nie powinno się zdarzyć podczas wejścia na żywca (solo). Mimo wszystko próbuje odnaleźć wygodną pozycję w której mógłby odpocząć. Na próżno. Ręce powoli zaczynają odmawiać posłuszeństwa, naprężone do granic, zaklinowane stopy zaczynają drżeć. Wspinacz jest już w połowie budowli. Daleko od dachu i za wysoko by zejść. Przerwał wspinaczkę, a miejsce skupienia, w jakim jeszcze przed chwilą posuwał się do góry, zajmuje strach. Tym razem solista czeka na śmierć lub ratunek. Publiczność, przerażona od pierwszych metrów tej szalonej wspinaczki, bez trudu rozpoznaje, ze jej idol ma poważne kłopoty. Robert ciągle walczy, choć wygląda jak w agonii. Już prawie spada, gdy w ostatniej chwili, dosłownie w ostatniej sekundzie przytomny ratownik podaje mu linę.

WOLNOŚĆ
Żywiec, czyli wejście bez asekuracji jest najbardziej emocjonującym wspinaczkowym stylem. Niepisany kodeks zakazuje wspinaczowi żywcowemu posiadania jakichkolwiek zabezpieczeń. Nie możesz mieć liny, haków czy karabinków, które w krytycznym momencie mógłbyś użyć ratując skórę. Taki brawurowy styl cieszy się szczególnym poważaniem wśród doświadczonych, wyczynowych alpinistów. Jest zabawą dla tych z największą fantazją. Niektórzy nazywają ich elitą wspinaczki, inni potępiają. Pewne organizacje, jak np. Polski Związek Alpinizmu w oficjalnych komunikatach zakazują wspinaczki bez liny, jednak większość skałołazów ma takie nakazy w głębokim...
Wspinaczka to wolny sport, którego nie opanował wielki pieniądz. I choć niektórzy tego żałują być może właśnie dlatego alpiniści są ciągle środowiskiem dosyć niezależnym, o poglądach lekko anarchizujących. Możesz tu spotkać prawdziwych wyznawców wolności - tak o sobie myślą. Ci ludzie poświęcą dla wspinania szkołę, karierę, a nawet rodzinę. Tradycyjny model mieszczańskiego żywota zupełnie im nie odpowiada. Być może wspinaczka czy - jak niektórzy sadzą - adrenalina, są dla nich nałogiem, ale to jedyne ograniczenia, na które się godzą. Dla urodzonych solistów zamachem na wolność jest nawet lina. Zabija ona uczucie niepewności, minimalizuje ryzyko niemal do zera.

PRZYPADEK I DĘBOWA SKRZYNIA Różne są style żywcowania. Na ogół wspinacz pokonuje wybraną drogę wielokrotnie z liną, aż do momentu gdy nie popełnia już błędów i nabiera pewności, że solo zakończy się sukcesem. Istnieją jednak tak trudne drogi, że nawet najlepsi nie wiedzą czy wyjdą z nich żywi. Kilka lat temu Robert pokonał taką ścianę. Na wysokości 20 metrów musiał wykonać skok do odległego zagłębienia na jeden palec i na tym palcu zawisnąć. Większość wspinaczy obawia się takich ruchów nawet podczas wejść z liną. A jednak ci, którzy pokonują takie drogi są najbardziej podziwiani przez ekscentryczne środowisko.
W ubiegłym roku Paweł „Bulderowiec” Haciski, świetny wspinacz, autor przewodników wspinaczkowych zrealizował na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej serię wspinaczek bez liny. Na drodze o nazwie „Telewizor”, będąc już na wysokości 10 m, Paweł wykonał dynamiczny przechwyt (ruch), niemal skok w kierunku dobrej klamy (dużego chwytu) kończącej drogę.
Niestety tym razem coś nie „zagrało”. Być może pył zmniejszył przyczepność chwytu wyjściowego i przez to wspinacz za słabo się wybił. A może ustawił stopę pod złym kątem. Takie niuanse często decydują o powodzeniu wspinaczki. Gdy sprzymierzą się przeciw nam - szystko może się skończyć fatalnie. W początkowej fazie ruchu Bulderowiec był prawie pewien, że nie dosięgnie kolejnego chwytu i spadnie. Nie poddawał się jednak, próbował do końca. Maksymalnie naprężył rękę i końcami palców, rozrywając skórę, uchwycił szorstkiej krawędzi. Miał szczęście. Podobnie jak kilka lat wcześniej, gdy podczas prac wysokościowych spadł z rusztowania. Przeleciał w powietrzu kilka metrów, ale udało mu się złapać barierkę balkonu obok którego leciał. Utrzymał ją, lecz ręka która go uratowała wyglądała potem jak spalona.
Podobnego szczęścia nie miał inny solista. Derek Hersey uwielbiał wspinaczki po nieznanych mu ścianach. Derek był znanym wspinaczem. W jednym z wywiadów opowiadał: „Żywiec nie pozostawia wyboru, albo przejdziesz całą drogę albo zejdziesz nią na sam dół. Jeżeli zatniesz się w połowie skończysz w dębowej skrzyni.” Pewnego dnia Hersey wyruszył na 800 metrową ścianę w dolinie Yosemite w Kalifornii. Oczywiście nie miał liny. Następnego dnia przyjaciele znaleźli ciało u podnóża góry.

ROMANTYZM GÓR I SZKŁO
Solo fascynowało mnie od samego początku. Po raz pierwszy wchodziłem bez liny pół roku po tym jak uświadomiłem sobie, że chcę być wspinaczem. Pojechałem w Tatry i wspiąłem się na ściany Kościelca i Zamarłej Turnii. Zamarła była dla mnie legendą. Po lekturze górskich książek z początku wieku stała się dla mnie uosobieniem góry zabójcy. Tak ja wtedy widziałem. Żyłem opowieściami, w których romantyczni śmiałkowie mierzyli się z groźnymi górami. Przed oczami miałem wypadek młodych sióstr Skotwicówien, które związane lina spadły do podstawy ściany. Mimo respektu jaki czułem wobec tej góry zdecydowałem, że będę się wspinał. Walczyłem ze strachem racjonalnymi argumentami. Szkic tras na Zamarłej podpowiadał, że wybrana droga jest w zasięgu moich możliwości. Pokonałem już wiele trudniejszych skał. To zaważyło. „Mogę więc jeśli nie pójdę jestem tchórzem”- szantażowałem sam siebie. Poszedłem, a mój nie wspinający się kolega, wbiegł turystycznym szlakiem na wierzchołek. Rozsiadł się na kamieniu i każdemu przechodzącemu turyście opowiadał, że jego kumpel właśnie pokonuje ścianę bez liny.
Gdy wszedłem na górę miałem już całkiem sporą grupkę fanów. Publiczność w górach to prawdziwa rzadkość. Na ogół pokonujemy ściany w ciszy obserwowani tylko przez partnerów od liny. Jeżeli idziesz sam często nikt cię nie widzi. I całe szczęście samotność pozwala bowiem uchwycić głębię ekstremalnych przeżyć. Bez oceniających cię ludzi zostajesz sam ze swoimi myślami.
Wejście na drapacz chmur jest z kolei zabawą nieodmiennie przyciągającą publiczność. W ostatnich miesiącach wspiąłem się na kilka wieżowców bez liny. We wrześniu na 140 metrowy hotel Marriott w Warszawie. Wchodziłem na tego typu industrialne ściany już od kilku lat, czasem w asyście kilku kolegów. To była po prostu zabawa. Żaden alpinistyczny wyczyn, bo taka wspinaczka poza ruchem do góry, z górami nie ma już nic wspólnego. Ale dlaczego ich nie połączyć? Bardzo lubię się wspinać, a wejście na drapacz to przecież wspinaczka. Czasem trudna, wręcz ekstremalna. Wejście na Marriott było trudne. Fizycznie odczułem je jakbym przebiegł sprintem kilka kilometrów, byłem mocno zdyszany. Spróbuj zresztą wejść na 40 piętro po prostu po schodach. Pionowa szklana ściana trochę się od nich różni...
Ramy okienne, których chwytałem podczas tego wejścia są bardzo ostre, rozcięcia palców udało mi się uniknąć, dzięki dokładnemu oklejeniu ich plastrem. Mimo to pod koniec wspinaczki, pod dachem, czułem jakbym trzymał się już tylko na samych kościach, reszta palców została przez metal zgnieciona. Ból i świadomość zbliżającego się sukcesu zdekoncentrowały mnie i popełniłem karygodny błąd. Jedną z rozpieranych na pionowych ramach stóp postawiłem w powietrze. Druga noga natychmiast obsunęła się po zakurzonej ramie. Na sekundę zawisłem na końcach palców.

Taka wspinaczka wymaga przede wszystkim odporności psychicznej i umiejętności koncentracji. Jednak wiedza o własnych możliwościach i idealne opanowanie umysłu na niewiele się zdadzą jeśli zawiedzie element konstrukcji budynku. Na przykład pęknie rama okienna. Podczas wejścia wciąż wymazywałem tę myśl z głowy. Były też inne zagadki. .. Czy w trakcie wspinaczki nie spadnie deszcz- niepokoiłem się. Woda zrzuciłaby mnie ze ściany podobnie jak Herseya. Mokre aluminium byłoby zbyt śliskie... Wiedziałem, że jeśli spadnie deszcz będzie po mnie.. Wycofywanie znad połowy budynku, absolutnie nie wchodziło w grę, nawet po suchych szybach. To był pochmurny dzień. Chwilę przed startem poczułem na twarzy krople... Nie chciałem jednak odwoływać wspinaczki. Ostatnie miesiące planów i ciągłe myślenie o zielonych szybach Marriotta znacznie nadwerężyło mój zapał. Tego dnia nie było odwrotu, zagrałem va banque.
Strach zostawiłem na ziemi i skupiony ruszyłem przez kilkadziesiąt pięter biur i hotelowych pokoi. Dla schowanych za szybami ludzi stałem się obrazem jak z komiksu o Spidermanie. „Tańczyłem” między oknami w- wymyślonym przez siebie i architekta budynku - układzie choreograficznym.
Jest coś fascynującego w tych szklano-aluminiowych molochach. Wspinaczka na nie pociąga mnie jako fotografa i alpinistę. Malutki człowieczek na ogromniej tafli szkła. Połączenie kontrastowe i estetyczne. Skojarzenie z pająkiem - obowiązkowe.

METAMORFOZA
Odporności psychicznej, potocznie zwanej psychą, pozornie nie da się wyćwiczyć. Najodważniejsi soliści posiadają dar mocnej psychy, z którym się urodzili. Istnieje jednak metoda na umysłową metamorfozę - przygotowanie do najbardziej brawurowych wyczynów. Granice strachu przesuwa już sam zamiar niebezpiecznej wspinaczki. Gdy myślę o poważnym zagrożeniu na jakie się wystawiam planując wejście na drapacz chmur, na inne nieco łatwiejsze choć wciąż śmiertelne przedsięwzięcie, patrzę bez strachu. Poprzez kontrast z moim najpoważniejszym planem stają się one łatwe...
Wejście na 15 piętro staje się łatwizną w porównaniu z 40-stoma. Stres żywca zostaje zminimalizowany poprzez porównanie z czymś naprawdę wielkim.
Kilka miesięcy przed wspinaczką na wysokościowiec trenowałem na 30-metrowej wieży. Wspinałem się po jej konstrukcjach bez asekuracji. Chciałem przyzwyczaić się do wysokości. Początkowo wejście na wysokość 10 piętra robiło na mnie spore wrażenie i poruszałem się bardzo ostrożnie. Po kilku tygodniach wieża przestała być straszna. Do tego stopnia, że pod samym szczytem zacząłem wykonywać swobodne skoki do góry, przez chwilę wcale nie trzymając konstrukcji. Oczywiście nie miałem liny.

STRACH EKSCENTRYKA
Zauważyłem, że oglądający miejskie wspinaczki ludzie boją się nieraz mocniej niż narażający swoje życie wspinacz. Podczas żywca alpinista odsuwa wszelkie nie przynoszące postępu we wspinaczce, niepotrzebne myśli. Pierwsza rzecz o jakiej powinien zapomnieć to strach. Przerażony człowiek traci całą sprawność fizyczną, a na ścianie wpada w dygoty i szybko spada. Dla większości ludzi strach jest odczuciem naturalnym. Soliści nie są szaleńcami, i też się do owej większości zaliczają. Opanowali jednak umiejętność zachowywania zimnej krwi w skrajnych sytuacjach. Dla nich strach jest uczuciem, które zamieniają w siłę napędową.
Alain Robert pisze w swojej książce: „Dla wytrenowanego sportowca strach jest alarmem nakazującym wybór najlepszego rozwiązania w najkrótszym czasie. Kiedy udaje się nam uczynić go pozytywnym, udaje się także zwielokrotnić swoje siły, dokonać wyczynów ekstremalnych, podobnie jak podczas działania dopingu...stosuję więc doping adrenalinowy... Wspinam się bez żadnego zabezpieczenia aby poznać smak strachu i intensywną, niemal surrealistyczną przyjemność pokonania go”.
Wygląda na to, że Robert uwielbia się bać. W to nie mogę uwierzyć. Nie sadzę aby wspinacze marzyli o strachu albo, że są uzależnieni od adrenaliny.
Jest z kolei pewne, że cieszymy się świadomością, ze dokonaliśmy czegoś niezwykłego - i mimo odczuwanego strachu- przemogliśmy się, by stanąć nad przeciętnością. Obrazek pławiącego się w strachu alpinisty jest z gruntu fałszywy. Wszyscy z którymi rozmawiałem starają się go unikać.
Mimo wszystko to dziwne uczucie ciągle czai się gdzieś na naszej drodze. Jest po prostu wpisane w ten przygodowy sport.

Fakt. Najlepsi soliści świata wyglądają nieco ekscentrycznie. Amerykanin John Bachar na swoje najbardziej niebezpieczne żywce zwykł ubierać koszulkę z napisem: „śmierć jest darem”. Robert chodzi w kowbojkach ze skory węża, skórzanych spodniach i indiańskiej kamizelce. Tak ubrany poszedł nawet na audiencję u królowej Malezji. Specjaliści od dworskiej etykiety mieli niewyraźne miny. Inny świetny solista, Dan Osman, gwiazda kultowego filmu o wspinaczce „Masters of Stone”, był potomkiem smurajów i w swojej chatce nad jeziorem Tahoe, regularnie medytował. Dan był prekursorem jednego z najbardziej niebezpiecznych sportów - swobodnych skoków na linie. Nie na bungee, ale na zwykłej linie wspinaczkowej. Osman odkrył przyjemność spadania. Skakał z mostów i z wysokich ścian. Spadał już nawet po 300 metrów, zatrzymywany szarpnięciem liny. Któregoś dnia „sznur” nie wytrzymał...

Większość ludzi uważa solistów za szaleńców. Nie rozumiani znaleźli się w swoim niedostępnym zwykłemu śmiertelnikowi świecie. Żywiec jest bowiem źródłem przeżyć, które trudno oddać słowami i nie sposób doświadczyć w normalnym życiu. „Celowa konfrontacja z myślami o śmierci może prowadzić do bardziej świadomego życia, pozwoli przeżywać każdy dzień, jakby był ostatnim. Solo jest zmaganiem ze świadomością możliwości śmierci”.- tak uzasadnił sens wspinaczki solowej, jeden z mistrzów wspinaczki, Wolfgang Güllich.
Według większości solistów wspinanie bez liny jest więc afirmacją życia. Próbą życia w pełnym wymiarze, w świecie bez przeciętności i szarzyzny.
Żywiec jest formą sztuki, a soliści artystami wśród sportowców. Największy artysta dodaje:
„Wolę krótką i intensywną egzystencję niż długie i nudne życie. Dla mnie solo to nie jest sport, ale filozofia życiowa. Kocham przygodę i niepewność. We wspinaczce bez asekuracji nigdy nie jesteś absolutnie bezpieczny. To mnie fascynuje i popycha do następnych ekstremalnych osiągnięć. Nie jestem samobójcą, ale w pewnym sensie, graczem. Gram z życiem. I ze śmiercią.”

koniec

Rozmiar: 43 bajtów