








|
 |
(Voyage, 03.2003) - tekst podróżniczy o nieznanych zakątkach Sardynii artykuł i zdjęcia David Kaszlikowski
SEKRETNA SARDYNIA
Powiedzieć o niej, że to wyspa odludnych zatok i idyllicznych plaż to za mało. Sardynia to także dzika górska kraina pamiętająca czasy prehistorycznych cywilizacji.
- Dzik! Mój kompan rzucił się w kierunku swojego plecaka odstraszając ociekające błotem zwierzę. Za późno. Szukająca jedzenia wścibska locha zdążyła już przerzucić sprzęt fotograficzny i ubrania. Zwierzę przestraszone naszym wrzaskiem, odskoczyło na bok i zaczęło wycofywać się w kierunku ukrytego w krzakach stada.
Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że nie był to dzik, ale przedstawicielka zdziczałych świń, które wędrują po Sardynii.
Na polach spotkać tu można także grupki kozic, osłów, krów, koni. Podczas podróży po tej największej śródziemnomorskiej wyspie spotykamy przyjacielsko nastawione do ludzi zwierzęta. Pewien muł tak bardzo nas pokochał, że nie chciał się z nami rozstać i wszedł prawie do naszego samochodu, kiedy szykowaliśmy się do odjazdu.
Biwakujemy w górach Gennergentu. Pod gołym niebem. Schowani w śpiworach niecierpliwie czekamy na następny dzień. Niecierpliwie, bo jeszcze żaden poranek nas nie zawiódł. Każda dolina, każde miasteczko potwierdzają przeczytane gdzieś zdanie: to cudowna, dzika wyspa, gdzie prosto z plaży wyrastają pionowe ściany, a krystalicznie czysta woda obmywa stopy...
Nas interesowało wszystko: i plaże i górskie doliny.
Gola di Goroppu - to jeden z najgłębszych europejskich kanionów. Pionowe ściany wcinają się tu na głębokość prawie 500 metrów. Kanion leży w górach dość blisko wschodniego wybrzeża wyspy. Dzicz - to najbardziej precyzyjne określenie tych ostępów. Skaliste ścieżki, czasem zarastające poskręcanymi, sękatymi krzewami, przywodzą na myśl dżunglę. Czasem między drzewami znów przemyka jakieś zwierzę, robi się coraz bardziej stromo, ale to dopiero początek wyprawy do wąwozu. Dla niewprawnego turysty początek i koniec zarazem. Bez odpowiedniego ekwipunku lub wytrawnego przewodnika wejście do wąwozu jest niemożliwe.
Od najciekawszych partii Goroppu dzieli nas kilka przepaści. Trzeba zjeżdżać na linach.
Góry Gennergentu nie należą do najwyższych. Szczyty sięgają zaledwie 1800 metrów nad poziom morza. Panuje tu nieskażona i dzika natura. Trudno znaleźć podobne miejsce w jakimkolwiek innym zakątku Europy. Skaliste wybrzeża i wąwozy w głębi lądu trwają niezmiennie od tysięcy lat. Aby dostać się w takie miejsca trzeba wędrować czasami przez góry z dala od asfaltowych dróg.
W weekendy wielu mieszkańców wyspy wyrusza ze strzelbą na polowanie. Myślistwo to na Sardynii niemal sport narodowy. Wielokrotnie spotykamy grupy mężczyzn przedzierających się przez las w zielonych, ochronnych strojach. Swój myśliwski szlak znaczą łuskami po nabojach.
O wiele bardziej intryguje nas inny trop. Pozostałości po pierwszych mieszkańcach Sardynii - prastare kamienne pałace i świątynie. W dzikich zakątkach wyspy można usłyszeć legendy o pierwotnej kulturze nuoryjskiej, która rozkwitała już w osiemnastym wieku przed naszą erą, do momentu najazdu Fenicjan, Rzymian i Greków. Dopiero oni podbili wybrzeża wyspy zakładając tam swoje porty. W trakcie imperialnych podbojów tubylcy wycofali się w głąb lądu, zachowali i pielęgnowali swe zwyczaje.
Ludy nuoryjskie żyły w osobnych społecznościach plemiennych rządzonych przez królów-wojowników. Budowali kamienne twierdze, których pozostałości można zobaczyć niemal w każdym zakątku wyspy. Doliczono się ok. 7000 takich domostw zwanych nuraghi. Choć w XX wieku nie istniały już plemiona nuoryjskie to w niektórych górskich dolinach jeszcze 20 lat temu grupy pasterzy żyły w kompletnym odosobnieniu, mieszkali w kamiennych schronach poukrywanych na stromych zboczach wąwozów. Dziś ich komnaty służą za schronienie dla trekkerów i najbardziej zdeterminowanych wielbicieli wyspy. W rejonach miasteczka Baunei i okolicznych wąwozach schodzących w kierunku morza bez trudu można natrafić na takie opuszczone siedziby pasterzy.
Pod naturalnym kamiennym stropem znajduję jeden z takich schronów - osłonięty gałęziami i obudowany kamiennym murem bez użycia jakiejkolwiek zaprawy. Wyraźnie widać pomieszczenia dla ludzi ,wąskie i niskie tak, że można tu chodzić tylko na czworaka. Obok stary kamienny piec . Nie wiem jak dawno nie był używany, ale wyglądająca na świeżą sadza wciąż pokrywa jego ściany. Za cienkim rozsypującym się już murem widzę duże pomieszczenia dla kóz lub świń. Na noc pasterze spędzali tu stada.
Piesza wycieczka do skalnej wieży Goloritze (120 m), pozwala nam zaznać wszystkich uroków niezbadanej Sardynii. Najpierw mijamy wysuszoną półpustynną okolicę z wysychającą studnią i rustykalny kościółek San Pietro. Był on kiedyś schronieniem pielgrzymów. Dalej szlak wiedzie przez skłębione zarośla zwane tutaj macchia. Po dwóch godzinach wędrówki docieramy na Cala Goloritze. Oto jedno z najpiękniejszych miejsc Sardynii. Wyspa szczyci się odludnymi plażami. Na niektóre z nich, odcięte od lądu gigantycznymi ścianami dotrzeć można jedynie jachtem lub wynajętą łodzią czy pontonem. W miasteczku Cala Gonone działają liczne wypożyczalnie łodzi, które oferują wycieczki w najbardziej niedostępne części wybrzeża. Stad można dopłynąć do Cala Goloritze (oszczędzając sobie pieszej wędrówki przez góry), Cala Sisine , Cala Luna czy groty Bue Marino.
Podróż łodzią jest jedyną szansą na dotarcie do groty Bue Marino. Wejście do jaskini znajduje się od strony morza w dolnej części ogromniej ściany i nie ma możliwości by się tu dostać pieszo. Grota została rozsławiona przez stadko fok, które jeszcze do niedawna znajdowały tu schronienie. Niestety regularnie przypływające wycieczki wypłoszyły zwierzęta i dziś główną atrakcją Bue Marino są kilometry podziemnych jezior, korytarzy upstrzonych licznymi stalagmitami i stalaktytami.
Cala Luna, czyli księżycowa plaża, rzeczywiście ma w sobie coś z kosmicznego klimatu. Czeka tu na nas czysty, niemal biały piasek i sześć ogromnych jaskiń ukrytych w ścianie nadmorskiego klifu. Ich ogromne sklepienia przywodzą na myśl lotnicze hangary. Kilkadziesiąt metrów w głąb lądu za gęstą zasłoną macchi stoi mała knajpka oddzielona od reszty lądu płotem chroniącym przed napaścią dzikich zwierząt. Tutaj wypoczniemy po wszystkich górskich przygodach. Kojący szum fal, ciepły piasek. Wygrzewamy się na słońcu. Tego dnia do brzegu nie dobija żaden statek. Jutro zjawi się tu Madonna, by zmienić księżycową plażę w plan swojego nowego filmu. Ekipa przypływa kilkoma dużymi jachtami. Przez kilka dni Guy Ritchie , reżyser a prywatnie mąż gwiazdy, utrwalać będzie piękno kobiety i natury w remaku włoskiej komedii z 1974 roku. Ekipa kręci na Cala Luna i Capo Comino ,a angielska wersja filmu ma nosić tytuł "Swept Away".
Bogaci poszukują dzikich miejsc. Teraz kolej na Sardynię. Jedni kręcą tu filmy, inni kupują posiadłości. Jeszcze inni chcą po prostu posiedzieć w modnych kurortach. Najbogatsi gromadzą się w kurortach Costa Smeralda, na tzw. Szmaragdowym Wybrzeżu. Najdroższe jachty cumują w Porto Cervo, miasteczku określanym mianem raju dla VIP-ów. Fakt, że ich właściciele to często gwiazdy światowego formatu, które gdziekolwiek się pojawią ciągną za sobą ogon wścibskich paparazzi. Inny raj dla plażowiczów to Costa Verde.
To mało zagospodarowane wybrzeże leży w południowo zachodniej części wyspy i szczyci się kilometrami czyściutkiego piasku i odludnymi zatoczkami. Jest to idealne miejsce dla spragnionych spokoju i romantycznej scenerii plażowiczów. Byle nie w sierpniu. Lato to jedyna nieodpowiednia pora na wizytę na Sardynii. Jest tu bardzo gorąco, a tłok uniemożliwia wypoczynek. Wystarczy przyjechać tu we wrześniu lub na wiosnę, a bez trudu będzie można opanować jakąś plażę na wyłączność.
W niektórych kręgach Sardynia cieszy się złą sławą. Seria porwań, która kilka lat temu dotknęła kilka wpływowych osób zagroziła dobremu imieniu wyspy.
Najgłośniejsza afera dotyczyła porwania syna właściciela największych hoteli na Costa Smeralda. Po tych wydarzeniach narodziła się legenda, że Sardynia to wyspa, na której porywa się turystów dla okupu. Porywacze przetrzymują ich podobno w odludnych miejscach, gdzieś w górach. Po kilku porwaniach policja łącząc siły z miejscową ludnością przeprowadziła akcję wyszukiwania kryjówek bandytów. Wytrawny turysta natrafi bez trudu na dziwne odludne knajpki, domy widma czy opuszczone kopalnie.
Wąskimi serpentynami jedziemy do Orgosolo. Nie wygląda zbyt zachęcająco. Kwadratowe domy z pustaków odstraszają. Stało się sławne po filmie z 1964 roku - Bandyci z Orgosolo. Historia pasterza niesłusznie oskarżonego o morderstwo i napad (bohater później naprawdę stał się przestępcą).
Przyciągnęła do miasteczka rzesze turystów.
Wjeżdżamy do miasta i czujemy się w nim całkiem bezpiecznie. Inną atrakcją Orgosolo są murale, malunki ozdabiające niemal każdą ścianę w miasteczku. Malowane sprayem, przypominają nieco grafitti , komentują problemy dzisiejszego świata. Mural opowiadający historię ataku na World Trade Center pojawił się na ścianie w Orgosolo już tydzień po nowojorskich wydarzeniach z 11 września.
Nasz obóz rozbiliśmy w okolicy miasteczka Domusnovas. Jeździmy tam głównie po jedzenie i do knajpki Tropicoasis, w której czas płynie pod prąd. Nadchodzi jednak wieczór i trzeba wracać. Do zostawionych w następnej dolinie namiotów prowadzi kręta droga głównie przez góry. Długa na 500 metrów jaskinia łączy obie doliny. Decydujemy się na przejście tego odcinka w zupełnej ciemności. Znamy trasę z wcześniejszych wycieczek przy świetle czołówek. Wejście do jaskini to wielki otwór obrośnięty długimi stalaktytami. Za dnia widok jest imponujący. Teraz idziemy starą i dziś już nieczynną drogą asfaltową. W niektórych miejscach wielkie głazy spadły na nią zawalając część przejścia. Dawni, główni użytkownicy drogi już dawno stąd odeszli. Na początku XX wieku Sardynią wstrząsnął wielki boom. Naturalne bogactwa ukryte na górzystym południu ściągnęły tysiące górników z kontynentalnych Włoch. Wydobywano węgiel, cynk i srebro. Powstawały całe górnicze miasta, jak na przykład zaprojektowana przez faszystów i otwarta w 1938 r przez Mussoliniego - Carbonia. Okoliczne Iglesias stało się centrum zagłębia górniczego. Kopalnie wdzierały się w głąb górskich dolin.
I nagle niemal tak szybko jak się rozpoczął, kopalniany boom przeminął. Złoża okazały się zbyt płytkie, reżim faszystowski mocno wspierający przemysł wydobywczy rozleciał się i okoliczne kopalnie jedna po drugiej zaczęły plajtować. Górnicze osady opustoszały. Dziś większość wielkich kopalni z tamtego okresu stoi pusta. Pozostały okazałe wille postawione z myślą o zarządcach, wielkie hałdy i wydrążone w ziemi dziury.
Do niektórych z takich miejsc w okolicach Guturru Pala czy Punta Pilocca jedziemy przez góry. Często bitymi drogami. Po drodze mijamy stare chaty górników powoli zarastające gęstym zielonym lasem. Wygląda to jak pozostałości po jakiejś zaginionej cywilizacji. Jedynie myśliwi zapuszczają się w te rejony. Większość górników już dawno wróciła na kontynent, a zapomniane miasteczka odżywają tylko w sezonie za sprawą wczasowiczów.
To kraina z baśni. Tak właśnie pomyślałem widząc po raz pierwszy Capo Testa. Naszą podróż po Sardynii postanowiliśmy zakończyć na północy - w miejscu, z którego widać oddaloną jedynie o 14 km siostrzaną wyspę, Korsykę. Zatrzymaliśmy się w skalnym mieście rzeźbionym przez wiatr i wodę na kształt prehistorycznych zwierząt i potworów rodem z filmów science-fiction. Już przy wjeździe na półwysep zobaczyliśmy skamieniałego orła. Zaraz potem wielkiego psa i zaklęte w kamień ludzkie twarze. W jednej z okolicznych zatoczek znaleźliśmy idealnie okrągłą granitową kolumnę jakby porzuconą tu przez budowniczych greckich świątyń. Mówi się, że skały Capo Testa były inspiracją dla sławnego rzeźbiarza Henry Moora, który znalazł tu modeli do swoich rzeźb. I rzeczywiście przedziwne, obłe kształty tutejszego granitu wyglądają jak pierwowzory jego prac. A wszystko dzięki tafoni. To znak rozpoznawczy dwóch śródziemnomorskich wysp: Korsyki i Sardynii. Słowo to oznacza wyerodowane skały z miękkiego granitu. Największa liczba sardyńskich tafoni znajduje się właśnie na Capo Testa. Nieco na zachód od miejscowości Santa Theresa di Gallura znajdujemy oddaloną o kilkadziesiąt metrów od lądu małą wysepkę z dużą ilością przepięknie wygładzonych granitów i całą masą wyrzuconych przez wodę fragmentów łodzi i drzew. W takich miejscach bez trudu można poczuć się jak współczesny Robinson.
Zostajemy tu na kilka dni nieraz gubiąc się w labiryncie skał. Przeskakujemy z kamienia na kamień lub podpływamy w najciekawsze miejsca wpław. Okoliczne zatoczki wprost zmuszają do kąpieli i nurkowania w krystalicznie czystej wodzie. Nie jesteśmy jednak sami . Kawałek dalej na wschód znajduje się Archipelag Maddalena - mała galaktyka wysepek to raj dla nurków, windsurferów i sprawnych żeglarzy. Z okolicznych portów codziennie wypływają rybacy. Od jednego z nich słyszałem, że czasem polują na delfiny, choć jest to nielegalne zajęcie.
Są jednak miejsca na północnym wybrzeżu, które nie zachęcają do nurkowania, opalania ani połowów. Niebezpiecznie wysokie skłębione fale rozbijają się o skały Capo Caccia. Ten półwysep wznosi się ponad wodą na wysokość 200 metrów. W sztormową pogodę ponury klif byłby cmentarzyskiem dla każdej łodzi, która odważyłaby się wpłynąć do którejś z jego północnych zatok. Po tej stronie ścieżkami przemykają tylko alpiniści, którzy zjeżdżają po ścianach ,by rozpocząć swoje wspinaczki z najniższego możliwego poziomu. Dołączamy do nich. Grupa moich przyjaciół to doświadczeni wspinacze. Umiejętność asekuracji w pionowym terenie wielokrotnie przydała nam się na Sardynii. Mogliśmy dotrzeć w głąb wąwozów ,w każde niedostępne miejsce. Tu, na Capo Caccia opuszczamy nasze liny tak, żeby zjechać prawie do samej wody. Morze jest bardzo wzburzone. Fala rozbija się o pionowe skały z hukiem zagłuszającym myśli, jakby chciała przewrócić cały półwysep. Odpływająca woda odsłania zalewane skały. Są upstrzone tysiącami malutkich kamiennych ostrzy. To nie miejsce dla nurków. Dla nas chyba też nie. Jest ciasno. Wisimy w kilka osób na wbitych w skałę hakach - spitach. Huk fal, zaledwie kilka metrów pod naszymi stopami, podpowiada najgorsze scenariusze.
Po takiej przygodzie trzeba odpocząć. Droga prowadzi prosto do Alghero, małego miasteczka z portem i starym gotyckim miastem. Zajmujemy mały stolik w knajpce z widokiem na morze. Spokojnie sączymy kolejne napoje.
Przy sąsiednim stoliku klient przegląda prospekt z mapą Sardynii. Zerkam przez jego ramię. 50 km na południe mają swoje gniazda flamingi. Zrywam się z krzesła. - Jedziemy zobaczyć flamingi! -Uważaj kelnerka! - krzyczy mój kompan.
Za późno. Taca z naszymi owocami morza ląduje na podłodze.
Moja ośmiornica też. Szkoda. Ale jak tu się nie spieszyć? Szkoda czasu, Sardynia czeka na odkrycie!
|
 |